Gorczańska Dyszka, czyli X Mikołajki PTT Tarnów na Turbaczu...

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce 5 wędrowców postanowiło początkiem grudnia wyruszyć na szlak, na końcu którego znalazło się jedno z najpopularniejszych polskich schronisk.  Ad perpetuam rei memoriam wypada wymienić tych, którzy wzięli udział w tej peregrynacji: Bernadeta Kwaśna, Renata Gruca-Nowak, Jerzy Zieliński, Janusz Foszcz i Piotr Biś. Tradycja grudniowych gorczańskich wędrówek  była kontynuowana aż do nastania roku 2016, kiedy to po raz dziesiąty, tym razem jako Oddział PTT wyruszyliśmy na szlak wiodący ku Turbaczowi. A ponieważ jubileusz zobowiązuje byli wśród nas wszyscy uczestnicy pierwszych historycznych Mikołajków na Turbaczu. Lat wprawdzie trochę przybyło, ale entuzjazm i zapał do górskich wędrówek pozostał ten sam.

Także i aura postanowiła dostosować się do tej, niewątpliwie wyjątkowej, okazji. Wszak Mikołaj kojarzy się ze śniegiem, a zatem Opatrzność zapewniła nam przepiękną zimową scenerię w Gorcach.  Prawdę mówiąc to chyba nikt spośród blisko pięćdziesięciu uczestników wycieczki nie spodziewał się, iż przyjdzie mu mierzyć się z metrowymi zaspami na nieprzetartym szlaku. Co najwyżej mogliśmy jedynie wyrazić wątpliwość czy wieszczący globalne ocieplenie naukowcy nie mijają się z prawdą. Dla nas to oczywiście nie było zmartwienie, wszak śnieżna zima w górach jest piękna. Ale wrażenia estetyczne bywają okupione wysiłkiem. Tak było i tym razem. Wyruszyliśmy z Kowańca zielonym szlakiem wiodącym w kierunku Bukowiny Waksmundzkiej.

 

Najpopularniejsza chyba trasa na Turbacz tym razem świeci pustkami. Głęboki śnieg okazuje się zbyt dużym wyzwaniem dla wielu miłośników górskich wędrówek. Nie widać nawet mieszkańców wyżej położonych przysiółków Nowego Targu. Zatem to właśnie członkom tarnowskiego Oddziału PTT los wyznaczył przetarcie szlaku na Turbacz. A nie było to łatwe zadanie. Raz po raz zapadamy się w głębokim śniegu. Dobrze nam znaną Polanę Brożek tym razem mijamy bez przystanku. Żałujemy braku widoków na południe w stronę Tatr, ale mamy też na uwadze, iż na niedzielę prognozy pogody są bardziej niż zachęcające.

Na Bukowinie Waksmundzkiej ,,łapiemy” czarny i niebieski szlak. Chwilę później dołącza jeszcze jeden szlak, tym razem żółty prowadzący z Bukowiny Miejskiej. Pokrywa śnieżna na pięknych gorczańskich łąkach cały czas się zwiększa.  Pokonanie kolejnych metrów w kierunku Schroniska na Turbaczu wiążę się zatem z coraz większym wysiłkiem. Chyba jeszcze nigdy z Kowańca na Turbacz nie maszerowaliśmy tak długo. Wielu z ulgą wita przetartą przez ratrak ,,stokówkę” pod wierzchołkiem Turbacza. Wkraczając na nią, wiemy już, że jesteśmy w domu. I nie jest to tylko przenośnia. Chyba żadne inne schronisko tak bardzo nie kojarzy się nam z oddziałowym ,,domem”.

Schronisko wita nas pustą jadalnią. Tego się właśnie spodziewaliśmy, przedzierając się przez zaspy. Na szczęście po chwili w jadalni króluje już gwar górskiej braci. Pojawiają się też miłośnicy jazdy na nartach śladowych i skiturach. Dla nich to na ogół jest pierwsza narciarska wycieczka tej zimy.

W tak zwanym międzyczasie rozsiadamy się za stołami zastawionymi specjałami schroniskowej kuchni. Obok nich pojawia się także zawartość plecaków. Zawartość ma formę stałą oraz płynną. Oczywiście Karol, dyplomowany barman,  nie zawodzi. Jego termos cieszy się największą popularnością.

 

Z reguły w tym miejscu w relacji z Mikołajek na Turbaczu pojawia się informacja o spacerze na Kiczorę i Jaworzynę Kamienicką. Ale nie tym razem. Niestety, na jubileuszowym wyjeździe musimy odstąpić od tej tradycji. Trzeźwa ocena sytuacji pogodowej, czytaj: grubości pokrywy śnieżnej, powoduje, iż pierwszy raz nie zameldujemy się pod Bulandową Kapliczką. Czyżby nie miało być pamiątkowej fotografii z flagą Oddziału?

Do tego oczywiście nie możemy dopuścić. Znacznie bliżej niż na Kiczorę mamy przecież na Turbacz. Wprawdzie śmiałków wielu nie było, ale jednak jakaś namiastka tradycji zostaje zachowana. Po raz kolejny tego dnia przedzierając się przez zaspy sięgające piersi przypominamy sobie wycieczkę sprzed ponad trzech lat na Niemcową, drugą naszą ulubioną miejscówkę w górach.   A Turbacz wita nas jak zawsze wątpliwej urody obeliskiem...

Niedzielny poranek na Turbaczu... Rzut okiem za okno i już wiemy, że ,,niedziela będzie dla nas”, by odwołać się do przeboju grupy Niebiesko-czarni, śpiewanego także niegdyś przez pewnego rockmana, obecnie wziętego polityka. Przełykając zwyczajową poranno-niedzielną jajecznicę z zachwytem spoglądamy na słońce wędrujące coraz wyżej ponad linię horyzontu. Nasz wzrok przyciągają oczywiście one... Prezentują się na południe od nas, w całym swoim pięknie i majestacie. Tatry... Nasz matecznik...

 

Zanim jednak wybiegniemy przed schronisko bierzemy udział w Mszy odprawianej przez ks. Roberta. Mamy wszak adwent, czas oczekiwania. Trudno jednak skupić się na słowach kapłana, mając w zasięgu wzroku widoki iście nieziemskie.

Jeszcze tylko życzenia przed schroniskiem dla grudniowych i nie tylko grudniowych jubilatów. W tym roku do naszych Basi oddziałowych dołącza jeszcze Zbyszek, który właśnie obchodził okrągły jubileusz. Który? To niech pozostanie tajemnicą, ale z dedykacji w książce, która jest prezentem, wynika, że życie zaczyna się po sześćdziesiątce. Nie zapominamy też o tych, którzy kilka dni wcześniej mieli imieniny. Sto lat Andrzeju.

 

 

I znów jesteśmy na szlaku do Kowańca. Tym razem idziemy do czasu żółtym szlakiem. Sformułowanie ,,do czasu” jest bynajmniej nieprzypadkowe. W pewnym momencie żółte znaki znikają pod śniegiem. Dla nas to nie problem, drogą przetartą przez skiturowców zmierzamy na Długą Polanę. Ale zanim pożegnamy się z Gorcami pasiemy oczy widokami. Mamy przed sobą i wokół siebie Tatry i Babią Górę, Beskid Żywiecki i słowacką Małą Fatrę. Doprawdy lepszej aury nie moglibyśmy sobie wymarzyć. Czegóż zatem chcieć więcej?

Na Długiej Polanie żegnamy się z Gorcami. Jubileuszowe Mikołajki za nami. Żal odjeżdżać, ale przecież tu wrócimy. Za rok, za dwa, za kolejną dekadę...