12-13.05.2012 - Babia Góra i Pasmo Policy

Majówka w Beskidzie Żywieckim czyli "Gdzie jest Żółwik"….

Babia Góra od zawsze posiadała wśród nas licznych zwolenników. Zdobywaliśmy ją w różnych warunkach pogodowych i we wszystkich porach roku. Najczęściej nasze wejścia na szczyt miały miejsca od strony Krowiarek bądź Akademicką Percią z Markowych Szczawin. Tym razem najwyższy beskidzki wierzchołek mieliśmy zaatakować od strony słowackiej. W piękny, słoneczny sobotni poranek zapełniamy (tym razem czerwonego) busa. Za kierownicą pan Andrzej - sprawdzony podczas ostatniego wyjazdu w Beskid Niski. Nasz oddziałowy „driver”, a zarazem szef wszystkich „driverów” regeneruje bowiem swoje siły w Gliczarowie Górnym czyli na gościnnej ziemi podhalańskiej. Humory dopisują, mimo iż większość dostępnych prognoz meteorologicznych przewiduje na dziś załamanie pogody wskutek przechodzącego przez Polskę od północy frontu niżowego. Póki co jednak warunki są wspaniałe. W Roztoce zabieramy Bogusia i mkniemy dziarsko w kierunku Laskowej. Tam kilkuminutowy postój. Czekamy na busa z Krakowa. Na jego „pokładzie” podróżuje bowiem Karol zwany pieszczotliwie „Synem Szefa” – ostatni uczestnik naszej eskapady. Wkrótce jesteśmy razem, ale już po chwili kolejny przystanek. Tym razem wyraźnie „na żądanie”. Tradycyjnie Monika i oczywiście Orlen (w Limanowej). A potem już bez zatrzymywania (no chyba, że na światłach) przez Mszanę Dolną, Rabkę, Jabłonkę dojeżdżamy do Lipnicy Wielkiej. Gdzieś w okolicach Mszany, Basia wyciąga jeszcze olbrzymi plastikowy pojemnik z przygotowanymi wieczorem w wigilię wyjazdu, małymi bułeczkami z nadzieniem jabłkowym. Pyszności. Starczy dla wszystkich, a reszta zostanie zachowana na wieczorne spotkanie w Zawoi. Po drodze nasz wzrok ciągle przyciągają widoki. Najpierw wzniesienia Beskidu Wyspowego i Gorców, a po minięciu Rabki pojawia się doskonale widoczny łańcuch Tatr, a z drugiej strony ONA – Królowa Beskidów. Jeszcze ze śladami zimy, których tydzień temu było jednak zdecydowanie więcej (to wpływ afrykańskiego powietrza napływającego w ostatnim okresie nad południową Polskę). Tatrzańskie szczyty jeszcze pod błękitnym niebem, nad Babią zaczynają się już gromadzić chmury. Nadciąga front i chyba będzie czekał nas wyścig z czasem.


12.05.2012 - Wycieczka na Babią Górę - (fot. Artur Marć)

Na parkingu na Stańcowej Polanie jesteśmy przed jedenastą. Żegnamy się z panem Andrzejem, który obiera kurs na Zawoję. W pełnym słońcu i temperaturze przypominającej niektórym uczestnikom wyprawę do Afryki, przygotowujemy się do wymarszu. Przez chwilę zastanawiamy się czy nie zmienić planów i rozpocząć ataku szczytowego natychmiast, posługując się szlakiem zielonym i skracając tym samym czas wejścia. Postanawiamy podjąć ryzyko i zgodnie z wcześniejszymi założeniami ruszamy szlakiem niebieskim w stronę dawnego turystycznego przejścia granicznego Przywarówka. W ciągu kilku minut wkraczamy na obszar Słowacji. Jeszcze chwila i docieramy Na Równię (Roveň) w okolicę „Gajówki Hviezdoslava”, zbudowanej w XIX wieku, a obecnie pełniącej funkcję muzeum poświęconemu Pawłowi Országhowi (Hviezdoslavovi) – jednemu z najwybitniejszych słowackich poetów i dramatopisarzy. Króciutki postój, zwieramy szeregi (w tzw. międzyczasie Artur tworzy dokumentację fotograficzną wzmiankowanego wyżej miejsca) i zmieniamy kolor szlaku. Od tej pory prowadzić nas będą znaki żółte. W tym samym kolorze założył dziś koszulkę Tomek - pełniący samozwańczo funkcję „zamka” (osoby zamykającej grupę). Szybko „połykamy” pierwsze podejście, potem długi trawers, przekraczamy potok i stajemy przed kolejną stromizną. Grupa rozciąga się, podobnie jak peleton na alpejskim etapie trwającego Giro d’Italia. Na czele szarpią oddziałowi „górale”. Nie widać tylko koszulki lidera. Spokojnie, po prostu nikt nie założył różowego trykotu (w takiej koszulce jedzie lider Giro). Żółta koszulka (zarezerwowana dziś dla Tomka, a w wielkich kolarskich wyścigach dla lidera Tour de France) przebija się jednak dzielnie wśród zielonych drzew kilkadziesiąt metrów niżej. Mijamy poprzeczną „stokówkę” i docieramy do granicy słowackiego rezerwatu „Babia Hora”. Informuje o tym stosowna tablica w języku polskim i słowackim. „Otwórzcie oczy” – radzi ona wędrującym tutaj turystom. Nie bezcelowo. Możemy oczekiwać, że trudy wspinaczki wynagrodzą wspaniałe widoki. Niestety w naszym przypadku będą chyba niedostępne. Z każdą minutą pogoda robi się gorsza. Coraz większą część nieba pokrywają już chmury. Nasz nastrój pozostaje jednak cały czas fantastyczny. Tym bardziej, że właśnie docieramy do turystycznego schronu na Uściańskiej Polanie. Przepływający obok potok pozwala spłukać z twarzy ślady soli i odzyskać świeżość.


12.05.2012 - Wycieczka na Babią Górę - (fot. Artur Marć)

Zasiadamy w schronie i uzupełniając utracone kalorie zbieramy siły na czekające nas jeszcze ponad czterystumetrowe podejście. Basia znowu wszystkich zaskakuje. Wkłada rękę do plecaka i niczym magik wyciągający królika z kapelusza, wyciąga… nieco mniejszy (niż w busie) plastikowy pojemnik. A w nim równiutkie kostki, słodkiego pokrojonego świeżego ananasa. Ponownie powracają niektórym osobom kenijsko-tanzańskie wspomnienia. Na takim paliwie zdobyliśmy Kili więc i Babia powinna paść. Grupa znowu staje się „prawie” całością. Ale „prawie” jak wiemy robi różnicę… Brakuje Tomka. Początkowo ignorujemy informację Moniki o „gwałtownym zaginięciu” kolegi. Mijają kolejne minuty, a „żółta koszulka” w dalszym ciągu pozostaje poza zasięgiem naszego wzroku. Jedynym dostępnym żółtym kolorem jest póki co ananas... W takich przypadkach nieocenioną przysługę mogą oddać telefony komórkowe. Niestety kolejne próby nawiązania takiego kontaktu również są nieskuteczne. To wzmaga nasz niepokój. Wreszcie podzieleni na małe grupki zaczynamy podejście na szczyt, zaś dwójka „ratowników” udaje się w przeciwnym kierunku w celu poszukiwania zaginionego. Aby nie trzymać czytelników w niepotrzebnym napięciu dodam od razu, że akcja zakończyła się pełnym sukcesem. Tomek został odnaleziony i doprowadzony bezpiecznie na szczyt Babiej Góry, a potem (pomimo panujących jeszcze gdzieniegdzie zimowych warunków) w asyście części uczestników osiągnął Bronę i schronisko na Markowych Szczawinach. Wykazując przy tym stoicki spokój i odporność psychiczną. Komórka zaś dzwoniła i owszem. Ale w Tarnowie…
Pogoda tymczasem zmieniła się całkowicie i Babia stała się (jak zresztą jest często nazywana) Królową Niepogody. Suma powyższych okoliczności sprawiła, że w oddziałowym archiwum nie będzie wspólnego zdjęcia z Diablaka. Już teraz planujemy jednak kolejne wejście na szczyt Królowej „wariantem słowackim”. Wybierzemy tylko dzień, w czasie którego nad Polską rozbudowany będzie wyż. A wcześniej sprawdzimy czy wszyscy posiadają komórki. Podróże kształcą…


12.05.2012 - W schronisku na Markowych Szczawinach - (fot. Artur Marć)

W schronisku na Markowych Szczawinach znowu byliśmy więc w komplecie. Śmiechy, rozmowy, wstępne suszenie, herbata, kanapki, piwo, czekolada i pierwsze marzenia o kąpieli (tej pod prysznicem). Ta deszczowa przestała nam już bowiem zagrażać. Całą grupą zeszliśmy na pusty parking w Markowej. W zasadzie to niezupełnie pusty. Stał na nim jeden pojazd. Ale ten najbardziej oczekiwany. Nasz czerwony bus. Po chwili przyjechał jeszcze kursowy bus z Suchej Beskidzkiej. Zanim dotarliśmy na nocleg, do ośrodka noszącego nomen omen nazwę „Diablak” zasililiśmy poważnie konto jednej z regionalnych karczm w Zawoi. Przetestowaliśmy całkiem sporą ilość dań, zarówno klasycznych jak i tych regionalnych (np. „Koryto Koliba”). Przy okazji Karol zademonstrował nam krakowski sposób na „podwójną golonkę”. Przyznam, że zrobił na wszystkich duże wrażenie, podobnie jak muzyka miejscowej kapeli. My też musieliśmy chyba zaskoczyć miejscowych artystów pozytywnie, bo na zakończenie pobytu w karczmie pożegnali nas tradycyjnym góralskim hitem „W murowanej piwnicy”. My odwdzięczyliśmy się spontanicznie góralskim tańcem w tarnowskiej choreografii. I tak rozpoczęła się „gorączka sobotniej nocy”, która w „Diablaku” trwać miała aż do… niedzieli. Ale najpierw zrealizowaliśmy prysznicowe marzenia. Niektórzy zmęczeni całotygodniowym wysiłkiem i gorącą kąpielą wybrali nieoczekiwanie opcję „sen”. No i mieli czego żałować. Niecodziennym dodatkiem do tradycyjnych rozmów na wysokim (górskim) poziomie okazały się piosenki w aranżacji muzycznych profesjonalistów czyli Grześka i Jarka. Karol kolejny raz dał próbkę swych nieprzeciętnych umiejętności zawodowych (ach ten sok imbirowy i pieprz). Następnie dyskretnie udał się na spoczynek, co nikogo nie zdziwiło,  wszak w podróż z Krakowa wyruszył wprost po pracy. W pewnym momencie koncert oddziałowych wokalistów przerwał recepcjonista, proponując zabawę jak za dawnych, dobrych lat czyli z wykorzystaniem muzyki mechanicznej. W ten sposób rozpoczęły się (niekoniecznie góralskie) tańce. Wieczór w „Diablaku” powoli dobiegał końca. Z pewnością zapadnie nam na długo w pamięci, a kojarzył się będzie również z niezliczoną ilością… przybitych (nie wiadomo czemu) żółwików.


13.05.2012 - Msza Święta w pensjonacie "Diablak" - (fot. Artur Marć)

Niedzielę rozpoczęła Msza Święta. A po niej (jakżeby inaczej) na stołach pojawiły się talerze z jajecznicą. Tym razem w towarzystwie zestawu śniadaniowego a’la Diablak. Tak, jak zaplanowaliśmy, kilka minut po dziewiątej zasiedliśmy w busie, obierając kurs na Przełęcz Krowiarki. Po nocnych opadach pogoda poprawiła się znacząco. Niebo było jeszcze dość  zachmurzone, ale od czasu do czasu nieśmiało zza chmur przebijało się słońce. Temperatura powietrza obniżyła się za to o kilkanaście stopni. Mniej odporni szybko znaleźli właściwą odpowiedź. Szybko sięgnęli do plecaków i po chwili założyli czapki i rękawiczki, wykazując tym samym profesjonalne podejście do sprawy. W takich warunkach rozpoczęła się nasza wędrówka pasmem Policy. Minęliśmy tablicę upamiętniającą ostatnią górską wycieczkę kardynała Karola Wojtyły przed wyborem na papieża. Trasa „kardynalskiej” eskapady pokrywała się całkowicie z naszą. Wiodła jednak w odwrotnym kierunku. Idąc po wykonanych na ścieżce schodkach szybko zdobywaliśmy wysokość. Gdzieś między drzewami przez chwilę majaczyła droga Zawoja – Zubrzyca. Szybką rozgrzewkę zakończyło wejście na Syhlec. Gdzieś w okolicach szczytu, tuż przy ścieżce, natknęliśmy się na stojący granitowy słupek graniczny z czasów II wojny światowej. Z południowej strony umieszczona była na nim litera D (Deutschland), z północnej S (Slovensko), tak więc w ponurych, okupacyjnych czasach wyznaczał on granicę między obszarami Generalnego Gubernatorstwa, a państwem słowackim księdza Józefa Tiso. Podobne słupki spotkać można idąc z Krowiarek na Babią Górę. Tamte jednak występują w pozycji leżącej czyli tworzą ścieżkę. Godzinę później dotarliśmy do miejsca zwanego Cylem Hali Śmietanowej lub (nieco rzadziej) Kiczorką. Mając ciągle w pamięci sobotnie wydarzenia ze stoków Babiej Góry, staraliśmy się utrzymywać kontakt wzrokowy między poszczególnymi grupkami. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej leśną ścieżką i mijając od czasu do czasu kolejne historyczne słupki doszliśmy do Policy – najwyższego szczytu całego pasma. W kwietniu 1969 roku na zboczach tej góry rozbił się w niekorzystnych warunkach, kursowy samolot LOT-u lecący z Warszawy do Krakowa. Zginęli wszyscy pasażerowie, a wśród nich wybitny językoznawca, profesor Zenon Klemensiewicz. Tragiczne wydarzenie upamiętnia dziś pomnik w kształcie pionowego statecznika samolotu. Na umieszczonej na nim tablicy znajdują się nazwiska wszystkich ofiar. Kilkadziesiąt metrów od pomnika, w miejscu wiatrołomu, słynącym z rozległej panoramy zorganizowaliśmy kolejny, krótki postój. Natura okazała się łaskawa i obdarzyła nas prezentem w postaci całkiem przyzwoitego widoku, w którym dominującą rolę odgrywała sylwetka Królowej. Od tej pory wrażenia optyczne towarzyszyły nam już w zasadzie do końca wycieczki. Zmieniały się tylko pasma górskie. Bez trudu rozpoznawaliśmy kolejne szczyty. W końcu osiągnęliśmy schronisko na Hali Krupowej, słynące od kilku lat wśród miłośników gór organizowanego wspólnie z redakcją magazynu „npm” – Zimowego Biwaku. Zapełniliśmy małą jadalnię i przez dłuższą chwilę oddawaliśmy się konsumpcji, wykorzystując zarówno prowiant własny, jak i propozycje schroniskowego menu. Kiedy pojawiła się następna grupa turystów powoli opuściliśmy przytulne wnętrze, zwalniając zajmowane miejsca. Do przejścia pozostał nam już tylko ostatni odcinek dwudniowej eskapady. W ciągu godziny zeszliśmy do Skawicy – Suchej Góry. Po drodze mieliśmy jeszcze niespodziewane połączenie telefoniczne z Przehyby i związaną z nim akcję o kryptonimie „Portfel”. Akcję, która we wtorek znalazła szczęśliwe zakończenie.
W Suchej Górze, w pobliżu leśnego parkingu oczekiwał nasz wehikuł. Znikomy ruch na drogach spowodował, że powrót przebiegał bardzo sprawnie. Chociaż i tym razem nie obyło się bez przystanku na Orlenie w Łososinie. Ale to też już tradycja. I tak dobiegł końca kolejny górski wypad. Wkrótce pewnie przyjdzie czas na następny.
No to żółwik…

Janusz Foszcz


13.05.2012 - Na szczycie Policy - (fot. Artur Marć)