17-18.01.2015 "Zima w Beskidzie Sądeckim"

Przez lód, śnieg i błoto czyli różne smaki styczniowej wędrówki...

Układając na początku grudnia 2014 roku kalendarz wyjazdów Anno Domini 2015 zaplanowaliśmy, że pierwszą dwudniową wycieczkę w Nowym Roku przeprowadzimy w paśmie Jaworzyny Krynickiej. Założyliśmy bowiem, że w połowie stycznia w Beskidzie Sądeckim niepodważalnie panować będzie zima. Prawdziwa zima. Taka ze śnieżnymi zaspami i solidnym mrozem. Swoje przypuszczenia opieraliśmy na dogłębnej analizie klimatu panującego w pierwszym miesiącu roku, w południowej części naszego kraju. Klimat jak wiadomo wyznacza się na podstawie wieloletnich obserwacji, a te wskazywały jednoznacznie, że w drugiej dekadzie stycznia dane nam będzie stąpać po ubitej, twardej warstwie leżącego od kilku tygodni śniegu. Niektórzy marzyli nawet o brodzeniu w świeżo spadłym białym puchu. Jako osoby starannie i wszechstronnie wykształcone wiedzieliśmy oczywiście, że czasem zdarzają się anomalie pogodowe, ale uznaliśmy, że wystarczająco duże były już podczas ubiegłorocznej zimy, by mogły się powtórzyć obecnie. Życie (i pogoda też) bywa jednak przewrotne. Ostatni raz śnieg w okolicach Tarnowa widzieliśmy w okolicach Nowego Roku. I była to warstwa ledwie przykrywająca zieleniącą się trawę. Potem można było zetknąć się już tylko z porywistym wiatrem, temperaturami przekraczającymi pięć stopni Celsjusza i padającym od czasu do czasu deszczem. Tłumaczenie pogodowych wybryków syndromem Polskiego Bieguna Ciepła jakoś specjalnie nikogo nie przekonywało. Szybko doszliśmy do wniosku, że na stan atmosfery wpływ mamy (póki co) dość ograniczony, ale realizacja przyjętego planu wyjazdów spoczywa wyłącznie w naszych rękach. Lista chętnych do szukania styczniowych śladów zimy w górach zapełniała się błyskawicznie. Z tego powodu zmieniliśmy nawet środek transportu.


17-18.01.2015 - "Zima w Beskidzie Sądeckim" - (fot. Jarosław Zakrzewski)

Zamiast skorzystać z usług Kolei Regionalnych, wybraliśmy przejazd busem, uatrakcyjniając w ten sposób kolejny weekend naszemu oddziałowemu kierowcy. Któż bowiem oprze się możliwości spędzenia kilku godzin w tak doborowym towarzystwie? A jeśli przy okazji może zarobić i uciec od domowych obowiązków…
Sobotni poranek powitał nas lekko zachmurzonym niebem i podmuchami fenowego wiatru nazywanego popularnie halnym. Jadąc w stronę Nowego Sącza przyglądaliśmy się wczesnowiosennym krajobrazom Pogórza Rożnowskiego. W czasie krótkiego postoju w Łososinie Dolnej z radością dostrzegliśmy jednak w oddali ślady śniegu. Zalegał polanę pod Jaworzem - najwyższym szczytem Pasma Łososińskiego. Biorąc pod uwagę wysokość polany, byliśmy pewni, że dziś wieczorem ściągniemy w schronisku buty, które całkowicie pozbawione będą śladów błota. Dalszą jazdę kontynuowaliśmy więc w doskonałym nastroju. Minęliśmy Nowy i Stary Sącz, Rytro oraz Piwniczną. Zaraz za tą ostatnią, przekroczyliśmy Poprad po prowizorycznym drewnianym moście. Po chwili z uznaniem oglądaliśmy powstający nowy most graniczny, który już na wiosnę połączy Łomnicę Zdrój i słowacki Mnišek. Nasze wyjazdy oddziałowe np. w Słowackie Tatry skrócą się wtedy o kilkadziesiąt kilometrów. Teraz jednak objeżdżamy rondo, kierując się w stronę centrum Łomnicy. Tuż przy budynku szkoły opuszczamy nasz wehikuł. Trafiamy wprost w podmuchy halnego. Na okolicznych wzgórzach resztki śniegu. Właściwie to więcej jest zieleni niż bieli. Ruszamy żółtym szlakiem w stronę Parchowatki. Towarzyszy nam również czerwony szlak gminny prowadzący z Łomnicy przez Wierchomlę na Pustą Wielką. Śniegu brak, za to pod nogami lodowisko. Niektórzy postanawiają założyć raczki. Większość ryzykuje, idąc ostrożnie „krokiem pingwinim”.


17-18.01.2015 - "Zima w Beskidzie Sądeckim" - (fot. Artur Marć)

To stosowany przez mieszkańców terenów północnej Europy sposób na pokonywanie zalodzonych ścieżek. Świetnie sprawdza się na odcinkach płaskich lub wznoszących się delikatnie. Na bardziej stromych już niekoniecznie. Ale kiedy pojawia się pierwsze podejście, sprawnie „wdzieramy się” na położoną obok łąkę i znowu unikamy nałożenia raczków. Wkrótce docieramy do charakterystycznej białej kapliczki z XIX wieku. W dole Łomnica i piętrzący się nad nią szczyt Kicarza. Szlaki prowadzą teraz grzbietem po betonowych płytach. Przy drewnianym krzyżu żegnamy szlak żółty. Co prawda moglibyśmy iść nim na Halę Łabowską, ale wówczas pozostałby nam niedosyt wędrowania. Tego zaś chcemy za wszelką cenę uniknąć. Kierujemy się więc w stronę Wierchomli Wielkiej. Wcześniej Piotrek zmniejsza nieco wagę swojego kajnerowego „ryngrafu” o imponującej pojemności. Napój wytwarzany przez szkockich górali ma jak zwykle spore grono zwolenników. Basia częstuje za to grzanym dwójniakiem doprawionym wg własnej receptury. Chwilo trwaj - rzekłby poeta, ale jeszcze nie pora na romantyczne ekscytacje. Przed nami proza turystycznej dniówki. Wracamy do rzeczywistości. Od czasu do czasu spotykamy na ścieżce resztki śniegu, częściej lód lub… błoto. Mijamy cerkiew w Wierchomli i żegnamy szlak gminny. Idąc asfaltem kierujemy się w stronę Wierchomli Małej i zaczynającego się trochę wcześniej czarnego szlaku. Po drodze, w małym sklepie uzupełniamy zapasy na „schroniskowy wieczór”. Pomimo obciążających barki plecaków, poruszamy się szybko. Wiatr wieje dalej, chociaż już zdecydowanie słabiej. Spomiędzy chmur przebija się słońce. Przechodzimy obok stacji narciarskiej i rozłożonych u jej stóp drewnianych punktów gastronomiczno-handlowych. Po chwili żegnamy ostanie zabudowania i rozpoczynamy podejście w kierunku Bacówki nad Wierchomlą. Znowu rozpoczyna się walka z lodem.


17-18.01.2015 - "Zima w Beskidzie Sądeckim" - (fot. Artur Marć)

Jak zwykle w takich przypadkach rozciągamy się nieco. Bez obaw. Bacówka stanowić będzie punkt konsolidacyjny. Zresztą nie tylko taki. Gastronomiczny również. Wzrok ucieka w stronę walczących z chmurami Tatr. Błękitu jest jednak coraz więcej. Stadnie uzupełniamy kalorie. Piwo w takim miejscu i okolicznościach smakuje wybornie. Bez względu na rodzaj (jest kilka do wyboru), ilość ekstraktu czy sposób warzenia. Czas płynie jednak nieubłaganie, a przed nami jeszcze parę kilometrów. Pamiątkowe zdjęcie z bałwanem (o dziwo, takim ze śniegu) i dziarsko (trzeba się nieco rozgrzać) ruszamy w stronę Runku. Błyskawiczna przerwa na zalesionym szczycie i dalej w drogę. Jest wreszcie trochę śniegu i czerwony GSB. W nawianych miejscach warstwa „białego” ma nawet ze czterdzieści centymetrów. Żeby nie było zbyt pięknie, trafiają się też odcinki całkowicie przewiane. Dziewięćdziesiąt minut później, w blasku zachodzącego słońca docieramy do schroniska na Hali Łabowskiej.
Trzy dziesięcioosobowe pokoje zapewniają całkowitą „równość” zakwaterowania. Zanim podzieleni na dwójki sprawnie dokonamy schroniskowych ablucji, rozprawiamy się ostatecznie z „ryngrafem” Piotrka. Artur częstuje jeszcze bułgarską anyżówką. Wspomnienie wakacji. Smak i zapach Bałkanów zabieramy ze sobą pod prysznic. Obiadokolacja przywraca chęć do życia i stanowi doskonały prolog przed wieczornym spotkaniem przy kominku. W międzyczasie dociera do nas Grzesiek - kolega z Ostrowca Świętokrzyskiego. Tradycyjnie o dziesiątej ciszę nocną rozpoczyna schroniskowy agregat prądotwórczy. Swoją działalność wznowi dopiero w niedzielny wieczór więc do tego czasu schronisko pozbawione jest dopływu prądu. To niewątpliwie jedna z dużych zalet „Hali Łabowskiej”.


17-18.01.2015 - "Zima w Beskidzie Sądeckim" - (fot. Artur Marć)

Mroki styczniowej nocy rozświetlają teraz jedynie płonące w kominku bukowe szczapy, świeczki stojące na stołach oraz czołówki. Wymarzona atmosfera do wspólnych rozmów okraszonych na przykład odrobiną litewskiej pigwówki. Ten wieczór ma zresztą dużo więcej smaków. Ogień w kominku dogasa. Jeszcze po kropelce beherovki… Zbliża się północ. Kończy się powoli sobota, a wraz z nią również nasza aktywność. Nadchodzi czas na sen. Kto nie zaśnie błyskawicznie, usypiany jest (lub nie) miarowym chrapaniem współtowarzyszy.
Który to już raz w niedzielny poranek w schronisku, zamiast promieni słońca zagląda nam w okno gęsta mgła. Nic nie szkodzi. Opuszczamy ciepłe śpiwory. Zimna woda skutecznie przepędza resztki snu. Mimo, iż nie ma jeszcze ósmej, schroniskowa kuchnia wydaje już posiłki. Kolejne porcje jajecznicy lądują na stołach. Szybkie pakowanie i przed dziewiątą pierwsi śmiałkowie wychodzą w zamgloną górską rzeczywistość. Jeszcze wczoraj postanowiliśmy, że kilka osób (nazwijmy ich umownie „niedochodzonymi”) powędruje przez Pisaną Halę i Makowicę do Barcic. Pozostali pozostaną na szlaku czerwonym, po drodze zrobią sobie przerwę w Chacie na Cyrli, a później zejdą do Rytra. Kolejne grupy wyruszają na zaplanowaną trasę. Widoków brak. Zarówno tych krajobrazowych, jak i tych na poprawę pogody. Mimo to na Hali Pisanej robimy panoramę. Stali bywalcy tych okolic posługują się w tym celu wyobraźnią i „latami doświadczeń”, młodsi pomagają sobie „pomocą dydaktyczną” przezornie zabraną przez Basię. Wokół roznosi się delikatny (pozwalający wyostrzyć zmysły) zapach wiśni. Na Jaworzynie Kokuszczańskiej „podziwiamy” szczyty Tatr ukryte szczelnie za białą kotarą. Chwilę później stoimy na skrzyżowaniu szlaków. Chociaż perspektywa nieodległego schroniska na Cyrli kusi nas bardzo, nie dajemy się złamać. Posileni herbatnikami Darka oraz ciepłą herbatą ruszamy niebieskim szlakiem w kierunku Makowicy.


17-18.01.2015 - "Zima w Beskidzie Sądeckim" - (fot. Artur Marć)

Znikoma ilość odbitych w śniegu śladów obuwia świadczy dobitnie o tym, że ten odcinek jest zdecydowanie mniej popularny. Szybko osiągamy wierzchołek. Kolejna krótka przerwa smakuje pigwą. Tymczasem z nieba zaczyna spadać mżawka. To przyspiesza naszą decyzję o kontynuowaniu marszu. Położona niedaleko od szczytu polana, jest ostatnim miejscem, gdzie leży stała pokrywa śnieżna. Wkraczając do lasu zmieniamy gwałtownie porę roku wkraczając do królestwa błota z kilkoma autonomicznymi obszarami lodu. Marzenia o zachowaniu nieskazitelnej czystości obuwia pryskają niczym bańka mydlana.
Leśną drogą (starając się utrzymać równowagę) schodzimy w dół. Wkrótce dołącza do nas, płynący głęboko wciętym wąwozem Życzanowski Potok. Przekraczamy go długim drewnianym i zadaszonym mostem zbudowanym w miejscu zwanym z racji wyglądu Głębokim Jarem. Turystyczna wiata zbudowana za mostem zachęca do kolejnego postoju. Tym bardziej, że mżawka przybrała na sile. Znowu czuć smak wiśni. Chyba magiczny, bo po kilku minutach deszcz ustaje. Jeszcze chwilę tracimy wysokość i rozpoczynamy ostatnie tego dnia podejście. Stokami Dzielnicy pniemy się w stronę Woli Kroguleckiej. Oznaką dotarcia do cywilizacji jest nitka asfaltu. Resztki topniejącego w rowie melioracyjnym śniegu stanowią doskonałą myjnię obuwia. Do Barcic - celu naszej niedzielnej wędrówki - dojdziemy więc pozbawieni śladów mokrej, błotnistej jesieni. Tak, jak przystało na styczniową eskapadę. Chwile oczekiwania na mającego nadjechać z Rytra busa umilamy sobie ciepłą herbatą i chłodnym napojem o lekko korzennym smaku. Zanim pojawi się nasz pojazd, minie nas kilka kursowych busów. Wreszcie jest i białe „Iveco”. W środku uradowana pozostała część ekipy. Nie brakuje nikogo. Rozgrzana atmosfera i poczucie dobrze spędzonego weekendu. Różnorodność warunków na szlaku i wielość smaków atakujących nasze kubki smakowe, z całą pewnością dobrze wróżą na przyszłość. Zwłaszcza grupie uzależnionych koneserów, kochających degustować GÓRY przy każdej dostępnej okazji i bez względu na okoliczności…

Janusz Foszcz


17-18.01.2015 - "Zima w Beskidzie Sądeckim" - (fot. Artur Marć)

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 

Ultimate Facebook Like Box Slider