13-17.08.2012 - Wędrówka Granią Główną Niżnych Tatr

Karpaty w pigułce czyli wędrując Tatrami Niżnymi…

Nie potrafię porównać Niżnych Tatr do żadnych innych gór. Granitowy masyw i urwiska Ďumbiera nieodparcie kojarzyły się z Tatrami, tymi „właściwymi”. Rozległa Králova Hoĺa przypominała Połoniny Bieszczadów lub Świdowca, zaś Ohnište, wapienna góra o niecodziennym kształcie, przywodziła na myśl małofatrzańskie Rozsutce. A były jeszcze beskidzkie łąki na Chochulach i Kečce i gorgańska kosodrzewina Kolesarovej.
Wędrując kilka dni po tych górach odniosłem wrażenie, że to „Karpaty w pigułce”. Wydaje się niemal że to sama natura postanowiła zebrać to co najlepsze w Karpatach i zmieścić w jednym paśmie. Tak jak różne są części Niżnych Tatr, tak różne są miejscowości wyznaczające początek i kres naszej wędrówki. Zaczęliśmy ją w narciarskim kurorcie Donovaly, kolorowym i nowoczesnym, by zakończyć w biednym i szarym Telgarcie.
Te góry widział bodajże każdy, kto choć raz był w Tatrach. Rozciągają się na południe od Tatr, odgrodzone głębokimi kotlinami Spisza i Liptowa. Dalej, na południe od nich rozciągają się Rudawy Słowackie, stanowiące ostatnie pasmo przed Niziną Węgierską. Poznać Tatry Niżne chciałem już od kilku lat, ale zawsze schodziły na drugi plan. Może były nie po drodze, a może dlatego, że mają w nazwie przymiotnik „Niżne”, więc kojarzą się z czymś gorszym, mniej „honornym” niż Tatry.
Przygotowania do wyjazdu nie trwały długo. Opieraliśmy się na opisie szlaków z przewodnika Tomasza Adamczaka „Tatry Niżne” i na mapach słowackiego wydawnictwa Harmanec (arkusze nr 1, 12 i 123). Wybór trasy był oczywisty – Szlak bohaterów Słowackiego Powstania Narodowego (Cesta hrdinov SNP) przebiegający z zachodu na wschód przez całe pasmo i będący częścią transeuropejskiego szlaku E8, który swój początek ma nad Atlantykiem, zaś kończy się nad cieśniną Bosfor.
Do miejscowości Donovaly docieramy w poniedziałek, 13 sierpnia, wczesnym popołudniem. Rankiem z Zakopanego dostajemy się autobusem do Liptowskiego Mikulasza, by kolejnym, przez Rużomberok, dotrzeć już do punktu wyjściowego. Prognozy pogody nie są korzystne. Mimo wszystko ryzykujemy i postanawiamy nie zmieniać planów.
Donovaly usytuowane są w miejscu gdzie zbiegają się trzy pasma górskie Słowacji – Wielka Fatra, Starohorskie Wierchy i Niżne Tatry. Miejsce to jest też granicą dwóch krain na Słowacji - Liptowa i Horehronia. Ten narciarski kurort, w zimie gwarny i zatłoczony, dziś sprawia wrażenie nieco senne. Tu właśnie bierze swój początek Szlak Bohaterów SNP.
Wygodna asfaltowa droga prowadzi do przysiółka Polianka, mijając pensjonaty i stok narciarski. Na razie tylko widok na pasmo Wielkiej Chochuli wskazuje, że przemierzamy najważniejszy szlak w tym paśmie. Granica przysiółka Polianka jest też granicą Parku Narodowego Niżne Tatry (NAPANT). Wbrew obawom pogoda dopisuje. Tuż przed zmianą nawierzchni z asfaltowej na szutrową chowamy polary do plecaków i podwijamy nogawki spodni. Jeszcze łyk wody i wkraczamy do lasu. Na pierwszym odcinku Donovaly – Kečka szlak prowadzi drogą, która jest także szlakiem rowerowym, zaś w zimie trasą narciarstwa śladowego.
Świerkowym lasem wędrujemy krótko, wkrótce docieramy do przełączki pod Kečką, skąd po krótkim podejściu osiągamy wierzchołek. Kečka zwieńczona jest rozległą trawiastą halą, na której, a jakże, pasą się owce. Tu na krótko zatrzymujemy się by po raz pierwszy nacieszyć się panoramą z wierzchołka. Widzimy w dole Donovaly, nad którymi wznosi się wielkofatrzański Zvolen ze stacją narciarską, dalej na zachodzie zaś całe pasmo Wielkiej Fatry. Na południu horyzont zamykają Weporskie Wierchy będące częścią Rudaw Słowackich. Przed nami jest natomiast obły masyw Wielkiej Chochuli, z jej pierwszą kulminacją - Prašivą. To nasz pierwszy „poważny” cel na dzisiaj i zarazem pierwszy wierzchołek Niżnych Tatr, jesteśmy bowiem jeszcze w Starohorskich Wierchach. Krótko rozmawiamy z parą sympatycznych Niemców i pora ruszać dalej. Czas nas nagli, gdyż z przyczyn logistycznych wędrówkę zaczęliśmy stosunkowo późno. Schodzimy na kolejną przełączkę - Hadlankę, gdzie mijamy odpoczywającą parę słowackich cyklistów. Przełęcz warta jest odnotowania tylko z jednego względu - na tutejszej tablicy umieszczamy naszą pierwszą oddziałową „wlepkę”.


13.08.2012 - Na szlaku Przełęcz Hiadelska - Prasiva - (fot. Janusz Foszcz)

Przed nami już Kozi Grzbiet - najwyższe wzniesienie Starohorskich Wierchów (1330 m. n.p.m.). To za tą górą, za Przełęczą Hiadelską swój początek mają Tatry Niżne. Wierzchołek Koziego Grzbietu jest całkowitą odwrotnością Kečki - zamiast rozległej polany jest mała łączka, z której gdzieniegdzie wystają skały. Wymieniamy pozdrowienia z trójką młodych Słowaków raczących się destylatem gruszkowym. Kolejna wlepka z tyłu tablicy informującej o nazwie szczytu i kierujemy się na Przełęcz Hiadelską. Łagodna początkowo droga przez buczynowy las dość szybko się „pionizuje”. Zapieramy się kijkami i piętami by nie stracić równowagi. Ostro wcięta między masyw Koziego Grzbietu, a Prašivej Przełęcz jest miejscem przez które przechodzi nowobudowana linia wysokiego napięcia. Odpoczywając chwilę obserwujemy słowackich energetyków, a Janusz dzieli się swoją wiedzą absolwenta technikum elektrycznego.
Mapa, którą rozkładamy po posiłku nie pozostawia nam złudzeń. Za chwilę zaczniemy ostre podejście na Prašivą, mamy do pokonania blisko 500 metrów przewyższenia. Szlak prowadzi najpierw przez las bukowy, by po kilkunastu minutach przejść w las świerkowy. Mozolnie zdobywamy wysokość. Wkraczamy między kosówkę, zazdroszcząc tym, którzy schodzą w dół. Na grań podchodzimy od południa mając za plecami Dolinę Uhlianską. Na szczęście szlak się nieco wypłaszcza, zaś my po raz pierwszy jesteśmy na grani Tatr Niżnych. Teraz już żwawiej zmierzamy ku wierzchołkowi Prašivej, by później zejść na przełączkę i po kolejnych kilkunastu minutach znaleźć się najpierw na Małej, potem zaś na Wielkiej Chochuli.
Na wierzchołku upamiętniamy nasz pobyt. Wlepka, flaga i sesja foto będą naszymi znakami rozpoznawczymi na kolejnych niżnotatrzańskich szczytach i przełęczach.
Widoki z Wielkiej Chochuli wynagradzają trud podejścia. Masyw jest wypiętrzony ponad tysiąc metrów powyżej dolin, więc panorama z wierzchołka jest wspaniała. W dole widzimy Donovaly i Liptowską Lużną, nad nimi piętrzy się pasmo Wielkiej Fatry i Salatyna, dalej na północy Góry Choczańskie. Na zachodzie dominuje kulminacja Tatr Niżnych - masywy Dereszy, Chopoka i Dumbiera. Południe to nieznane nam Rudawy Słowackie. Widok z Chochuli to przestrzeń wypełniona górami.
Przestrzeń... dla mnie te góry to przede wszystkim przestrzeń. Zupełnie inna niż tatrzańska, mam wrażenie, że bardziej przyjazna. Tu doliny nie są pozamykane kurtynami ostrych grani, raczej zbocza górskie łączą je harmonijnie, przechodząc w kolejne pasma, kolejne wierzchołki, aż po horyzont. Wydaje się, że stoimy w centrum górskiego świata, którego nie ogranicza żadna nizina, gdzie horyzont jest wyłącznie kolejnym pasmem. Choć to przecież początek naszej wędrówki na myśl przychodzą mi słowa piosenki W. Wysockiego „Pożegnanie z górami”: „...lepsze od gór mogą być tylko te góry, na których jeszcze nie byłem...”.
Z Wielkiej Chochuli zmierzamy trawiastą granią ku Latiborskiej Holi. Maszerujemy na północny wschód przez niekończące się łąki, na których widać już pierwsze oznaki jesieni. Wiatr, który towarzyszy nam od wejścia na grań, nasila się. Wielką Holę trawersujemy południowym zboczem i przed nami pojawia się ostatni już wierzchołek, na który mamy się dziś wspiąć - wierzchołek Latiborskiej Holi. Podejście na nią z przełączki nie jest zbyt długie, ale czujemy już trudy kilkugodzinnej wędrówki. Dodatkowo cały czas wzmaga się zimny wiatr.
Na Latiborskiej Holi obserwujemy zachodzące za horyzontem słońce. Niebo jest zupełnie czyste, tylko lekko nad horyzontem gromadzi się nieco chmur. Nic nie zapowiada załamania pogody, które ma nadejść w nocy.
Z Latiborskiej Holi schodzimy na płytką przełęcz z której z kolei odbijamy na południowy wschód. Dzień szybko dobiega do końca, pora na biwak. Miejsce do rozbicia namiotu znajdujemy poniżej Zamostskiej Holi, przy żółtym szlaku. Na mapie w tym miejscu zaznaczona jest koliba, ale okazuje się, że zostało z niej tylko trochę kamieni. Na szczęście jest źródełko. Nasza wędrówka po Tatrach Niżnych odmierzana jest odtąd kolejnymi źródłami. Namiot rozbijamy już po zmroku. Szybka kolacja, łyk Becherovki i pora zawinąć się w śpiwór.
Niestety w nocy przychodzi zapowiadane załamanie pogody. Wiatr szarpie namiot, jest bardzo zimno. Rano okazuje się, że sprawdziły się najgorsze prognozy - silny wiatr z deszczem, mgła i zupełny brak widoczności. Po śniadaniu zwijamy namiot i po krótkim podejściu wracamy na grań, do czerwonego szlaku. Pogoda nie pozostawia nam złudzeń - dziś dalsza wędrówka jest pozbawiona sensu. Schodząc z Durkovej podejmujemy decyzję o zejściu w dół do utulni, pierwszego schroniska na trasie naszej wyprawy.
Trudno właściwie precyzyjnie zdefiniować utulnię pod Durkovą. Jest to coś pomiędzy schroniskiem, a typową dla kralowoholskiej części Tatr, utulnią. Chatarem, czy raczej pełniącym obowiązki chatara, okazuje się być młody chłopak. Tuż po dziesiątej rano zrzucamy plecaki w jadalni i stajemy przed perspektywą zagospodarowania dalszej części dnia. Mamy jeszcze nadzieję, że pogoda poprawi się na tyle, byśmy mogli pójść dalej popołudniu, ale z każdą godziną staje się coraz bardziej jasne, że przyjdzie nam tu spędzić noc.


15.08.2012 - Na szlaku Chabenec - Deresze - (fot. Artur Marć)

Póki co postanawiamy wezwać na pomoc Opatrzność. W rogu jadalni, pod portretem Jana Pawła II, x. Robert odprawia mszę. Przyłącza się do nas troje rodaków i trzech młodych Słowaków. Szczególnie żarliwie modlimy się o pogodę. Dziś jesteśmy bliżej nieba niż zwykle, więc może nasze modlitwy dotrą Tam nieco szybciej?
Po mszy przenosimy się na górę, do sali na poddaszu, która pełni rolę sypialni. Sprawia ona wrażenie jakby tu kręcono sceny do komedii „Seksmisja”, ściany i sufit są bowiem wyłożone srebrną matą izolacyjną. Przez chwilę jeszcze żartujemy, przypominając sobie sceny z tej kultowej komedii, ale materace rozłożone na podłodze są zbyt kuszące. Wyciągamy więc śpiwory z plecaków i po chwili oddajemy się w objęcia Morfeusza.
Budzi nas wejście grupy słowackich studentów, którzy przemierzają Tatry Niżne w towarzystwie swoich wykładowców. Dowiadujemy się od nich, że przywędrowali od Chaty gen. Štefanika. W tych warunkach pogodowych to naprawdę spore osiągnięcie, ale sukces został okupiony wychłodzeniem organizmu i całkowitym przemoknięciem. Jeden ze studentów do listy strat może też chyba dopisać obiektyw, bo pomimo intensywnych wysiłków sprzęt odmawia posłuszeństwa. Podczas naszej drzemki sala zapełniła się turystami, którzy podobnie jak my, z nadzieją co parę chwil podchodzą do okna, by sprawdzić aktualną pogodę.
Wieczór upływa nam na wspominaniu naszych górskich wypraw i nawiązywaniu międzynarodowych znajomości. Od słowackich akademików dowiadujemy się, że prognozy przewidują na jutro poprawę pogody. Oby...
Środowy poranek nie nastraja nas optymistycznie. Wiatr wprawdzie zelżał, ale dalej widoczność nie przekracza kilkunastu metrów. Poranna msza w zatłoczonej jadalni, potem śniadanie, rozliczenie się z chatarem za nocleg i tuż po siódmej rano wracamy na czerwony szlak. Nasz pierwszy dzisiejszy cel to Chabenec, na który wiedzie długie podejście z Przełęczy Durkovej. Według przewodnika Chabenec to „(...) jeden z niżnotatrzańskich olbrzymów. Wysokość 1955 m n.p.m. daje mu szóste miejsce w całym pasmie, tuż przed Kralovą Holą (...)”. Odwołanie się do przewodnika jest niestety koniecznością, gdyż aura dalej nam nie sprzyja. Zdjęcia nie mogą oddać niewątpliwej atrakcyjności tej góry. Jedyne co możemy zrobić to fotka pod tabliczką z rodzaju „tu byliśmy”. I jeszcze raz odwołanie do przewodnika – „Ci, którym pogoda ogranicza widoki (zwłaszcza na południe) mogą mówić o pechu”.
Z Chabenca ostrym zejściem schodzimy do Przełęczy Chabeneckiej, by z niej wędrować dalej, w stronę Kotlisk, Polany i Dereszy. Tylko dzięki mapie możemy domyślać się co tracimy przez wszechobecną mgłę. Mimo bardzo ograniczonej widoczności wiemy, że kraina łąk zostaje za nami, wkraczamy w świat skał, urwisk i piarżysk. Podmuchy zimnego wiatru nie ustają, na szczęście szlak dość często schodzi kilka metrów na południe od grani, co daje nieco ochrony. Chwilami wręcz wiatr zupełnie ustaje, jednak później wraca regularnymi podmuchami.
Tuż przed jedenastą jesteśmy na Dereszach. To nasz pierwszy dwutysięcznik na trasie. Jego wierzchołek jest upstrzony kamiennymi kopczykami. Spotykamy coraz więcej turystów na trasie, znak iż wkroczyliśmy w najpopularniejszą część Tatr Niżnych. Przy dobrej pogodzie moglibyśmy podziwiać Dolinę Demianowską, jedną z najpiękniejszych w kraju słynącym przecież ze wspaniałych górskich dolin. Tuż przy szlaku, który przybiera teraz formę wygodnej trasy wyłożonej szerokimi kamiennymi płytami, znajduje się górna stacja wyciągu narciarskiego, wywożąca amatorów białego szaleństwa na południowe stoki masywu. Stacja ta informuje nas, iż zbliżamy się do Chopoka, góry która dzierży palmę pierwszeństwa w popularności wśród szczytów Niżnych Tatr.
O zbliżaniu się do wierzchołka Chopoka informują nas także odgłosy maszyn budowlanych i przebijający się wśród chmur widok dźwigu. Nie, nie jesteśmy na afrykańskiej pustyni i nie ulegamy zjawisku fatamorgany. Nasi południowi sąsiedzi z subtelnością młota pneumatycznego przystosowują zbocza Chopoka na potrzeby narciarzy. Najwyższy wierzchołek Chopoka (2024m n.p.m.) tworzy kamienna piramida, u której podnóża zrzucamy plecaki, by już „na lekko” wspiąć się na jej szczyt. Teraz oczywiście przychodzi czas na upamiętnienie bytności członków tarnowskiego Oddziału PTT, czyli zestaw „flaga, fotka, wlepka”. Na wierzchołku nie zabawiamy długo, mgła dalej pozbawia nas widoków. Miejscem odpoczynku jest schronisko Kamienna Chata, gdzie przy čapovanym przysłuchujemy się krótkiemu wykładowi o Tatrach Niżnych, prowadzonemu przez przewodnika tatrzańskiego dla uczestników kursu przewodnickiego. W tym czasie na zewnątrz Chaty zaczyna się niezwykły spektakl. W ciągu kilkudziesięciu minut wiatr przepędza znad Tatr chmury i pokazuje się piękne lazurowe niebo. Szybkość i intensywność zmiany pogody jest wręcz oszałamiająca. Czy podziałał wzniesiony kilkoma kuflami toast za poprawę pogody, czy też nasze żarliwe modlitwy dotarły „gdzie trzeba” - pozostawiam to ocenie czytających.
Chwytam aparat i wybiegam na zewnątrz. Takiej okazji nie można przecież zmarnować. To, co jeszcze przed chwilą było tylko marzeniem teraz staje się rzeczywistością. Znany ze wspaniałych widoków Chopok odkrywa swoje prawdziwe oblicze. Na północ od nas w Dolinie Demianowskiej, kłębią się jeszcze resztki chmur, ale na południu, gdzie zbocza Chopoka schodzą łagodnie do Doliny Bystrej jest już zupełnie bezchmurnie. Bojąc się, że to wszystko za chwilę zniknie przykryte mgłą chwytamy plecaki, by jak najszybciej znaleźć się na odległym o około godzinę drogi Ďumbierze, najwyższym szczycie Niżnych Tatr.
Na Przełęcz Demianowską wędrujemy w towarzystwie innych turystów. Stamtąd trawersem południowych stoków Krupovej Holi docieramy do węzła szlaków na Przełęczy Krupovej. Z Przełęczy można zejść na północ do Doliny Demianowskiej lub na południe do Doliny Bystrej. Ale nie dla nas doliny. Przed nami najwyższy wierzchołek Niżnych Tatr – Ďumbier (2043 m n.p.m.) wypiętrzający się blisko 500 metrową ścianą ponad dnem Doliny Demianowskiej. Tuż za przełęczą zostawiamy plecaki i podobnie jak na Chopoka, na Ďumbier wchodzimy „na lekko”. Obawy o to, że pogoda poprawiła się tylko na chwile, są całkowicie bezpodstawne. Lepszej aury nie mogliśmy sobie wymarzyć.


15.08.2012 - Na Dumbierze - (fot. Artur Marć)

Najwyższy szczyt Niżnych Tatr jest także wyśmienitym punktem obserwacyjnym. Widać stąd większość pasm górskich północnej i środkowej Słowacji. W tej beczce „górskiego miodu” jedyną łyżką dziegciu są chmury dość szczelnie zakrywające Tatry. Cała grań Niżnych Tatr, którą do tej pory przemierzyliśmy prezentuje się wspaniale na tle lazurowego nieba. Żal nam tylko widoków z Dereszy czy Chabenca. Nie możemy tego tak zostawić. Decyzja „my tam jeszcze wrócimy” zapada niemal natychmiast. Ale to przyszłość, teraz na wierzchołku zapominamy o trudach podejścia, zimnych nocach i chwilach zwątpienia. Urok tych gór przeszedł najśmielsze oczekiwania. Naszej radości nie mąci nawet pokaźna grupa turystów okupujących wierzchołek Ďumbiera. Są wśród nich nasi rodacy z kolejnej grupy szkoleniowej z kursu przewodników tatrzańskich.
Pod krzyżem wieńczącym szczyt ustawiamy się do zdjęć, potem zaś pieczołowicie dokumentujemy panoramę. U naszych stóp są góry otaczające Dolinę Demianowską – Sina, Tanečnica i Krakova Hola. Nieco bardziej na północny wschód widać Rovną Holę i Ohnište, górę która ma chyba najbardziej niezwykły kształt spośród niżnotatrzańskich szczytów. Na wschodzie horyzont zamyka potężny masyw Kralovej Holi, łatwo rozpoznawalny ze względu na koszmarnie brzydką stację przekaźnikową. Po raz kolejny też przyglądamy się nieznanym nam pasmom górskim rozciągającym się na południe od Doliny Hronu – Górom Polana i Weporskim Wiechom oraz Murańskiej Planinie z sąsiadującym masywem Fabovej Holi.
Chętnie spędzilibyśmy na Ďumbierze całe popołudnie, ale stracony przez załamanie pogody poprzedni dzień, powoduje że jesteśmy w „niedoczasie”. Powracamy na Przełęcz Krupową tą samą drogą, obarczając ponownie nasze ramiona plecakami. Wędrujemy południowymi zboczami Ďumbiera, od czasu do czasu zatrzymując się i podziwiając wspaniałą panoramę najwyższej części Niżnych Tatr, która niestety zostaje za naszymi plecami. W dole widzimy Dolinę Bystrą z dwoma górskimi hotelami – Kosodřevina i Trangoska. Wschodnie obramowanie tej Doliny stanowi masyw Wielkiego Gapela, opadający łagodnie ku Przełęczy Dumbierskiej. Tam właśnie, na Przełęczy, znajduje się drugie schronisko Niżnych Tatr, Chata gen. Stefanika.
Dla nas to miejsce przerwy na posiłek, który spożywamy na tarasie przed schroniskiem. Polievka i čapovane 5 Euro, widok na Dolinę Mlynną, Gapela i Ďumbiera gratis. Zestaw smakuje wybornie. Ściągamy ciężkie górskie buty i dajemy nieco odpocząć naszym nogom. Ale czas właściwego odpoczynku jeszcze nie nadszedł. Po raz kolejny tego dnia zakładamy plecaki i znów kierujemy się na wschód.
Opuszczamy na dobre skalną krainę, by ponownie wkroczyć w świat trawiastych zboczy. Przechodząc obok pomnika z CKM-em zmierzamy na grzbiet Kralicki, by później przez Lajštrocha kierować się na Przełęcz Čertovica. To jedyna część Niżnych Tatr, która jest mi nieco znana. Na północ od naszego szlaku prezentuje się Rovna Hola, zaś my podziwiamy zawziętość słowackich drwali, którzy najwyraźniej za punkt honoru postawili sobie pozbawienie tej góry wszystkich drzew. Łyse zbocza gór sprawiają smutne wrażenie. Niestety jest to widok który będzie nam towarzyszył coraz częściej.
Przychodzi czas pożegnania... Na szczęście żegnamy się tylko z Dumbierską częścią Tatr Niżnych, bowiem przed nami Przełęcz Čertovica, nad którą dominuje góra, mająca chyba najbardziej „odjechaną” nazwę w całym paśmie – Čertova Svadba czyli... Diabelskie wesele. Stokiem narciarskim dochodzimy na Przełęcz Čertovica, dzielącą Tatry Niżne na dwie części. Przecinając asfaltową drogę wkraczamy w Tatry Kralowoholskie, według przewodnika „dziką” część Niżnych Tatr. Ale póki co postanawiamy skorzystać jeszcze z dobrodziejstw cywilizacji, które na Przełęczy mają oblicze dwóch moteli. Przede wszystkim chcemy kupić chleb, gdyż nasze zapasy pieczywa, zrobione jeszcze w Zakopanem uległy wyczerpaniu. Niestety barmanka w jednym z moteli jest nieugięta, chleba na sprzedaż nie ma. Janusz daremnie używa całego swojego uroku osobistego. Bez pieczywa, za to w humorze poprawionym napojem będącym efektem procesu fermentacji opuszczamy Čertovicę.
Wygodną szutrową drogą, trawersując zbocza Čertovej Svadby kierujemy się w stronę utulni Ramża, miejsca wybranego na dzisiejszy nocleg. Na Przełęczy za Leniwą opuszczamy szutrówkę. Szlak przybiera formę wąskiej ścieżki biegnącej przez polanę, na której niedawno jeszcze rósł las. Niedawno, bo tutaj też dokonała się słowacka masakra piłą mechaniczną. Zachodzące słońce jeszcze przed chwilą pięknie oświetlające Dolinę Štiavnicy towarzyszy nam w marszu przez Končiste, aż do niewyraźnej Bacušskiej Przełęczy. Stąd jeszcze jedno, ostatnie już tego dnia podejście i wreszcie po blisko trzynastu godzinach trekkingu zrzucamy plecaki w pobliżu utulni Ramża.
Przed utulnią wokół ogniska rozsiadła się grupa słowackich turystów, którzy na wszelki wypadek informują, że w środku miejsca już nie ma. Dla nas to nie problem, w końcu nie po to trzeci dzień dźwigamy namiot, by być zdanymi na wątpliwą przyjemność nocowania w niezbyt zachęcającej utulni. Namiot rozbijamy tuz przy szlaku. Jeszcze tylko najważniejsza rzecz, czyli zaczerpnięcie wody ze źródełka i posiliwszy się nieco, nie zważając nawet na kamienisty grunt, zapadamy w głęboki sen.
Kolejny dzień wita nas piękną pogodą i... odgłosami piły mechanicznej. Po trudach poprzedniego dnia pozwalamy sobie na dłuższy sen. Również śniadanie w tych pięknych okolicznościach przyrody nieco się wydłuża. Z powrotem na szlaku meldujemy się kilka minut po dziewiątej. Jeszcze nie wiemy, że dziś czeka nas kolejna z niżnotatrzańskich atrakcji. Po wietrze, mgle, zimnie, opryskliwej barmance i warkocie pił przyszedł czas na wiatrołomy, które w sporej ilości tarasują szlak z Ramży na Homolkę. Przedzieranie się przez nie jest wyczerpujące. Małą nagrodą dla nas są przebijające się między drzewami widoki na piękną Bacušską Dolinę i Fabovą Holę, dominującą nad środkową częścią obniżenia Hronu.
Nagle przystajemy. Przybita do drzewa tabliczka informuje że „Nepovolanym vstup zakazany”. Dochodzimy do wniosku, że jednak jesteśmy „powołani” i kontynuujemy marsz w kierunku widocznej już przełączki. Tuż przed nią wśród ściętych drzew zanika szlak. Zaczynamy schodzić w dół, ale coś tu nie pasuje. Skoro na zachodzie widzimy masyw Dumbiera, to oznacza że idąc dalej zejdziemy wprost do Doliny Hronu. Owszem, perspektywa chłodnej kąpieli w upalny dzień jest kusząca, ale ten zamiar musimy odłożyć. Wracamy kilkadziesiąt metrów w górę na przełączkę i po chwili czerwone znaki prowadzą nas w pożądanym kierunku.
Już po chwili doceniamy zalety decyzji o rezygnacji z kąpieli w Hronie. Na Polanie Havraniej po raz pierwszy tego dnia witamy się z Tatrami. Z Polany widać wyraźnie wierzchołki Tatr Zachodnich, zaś nieco wyżej na szlaku na Homolkę pokazuje się „Pan na Liptowie”, czyli Krywań. Na chwilę musimy się pożegnać z tatrzańskimi dwutysięcznikami, gdyż szlak zaczyna trawersować zbocze Homolki od południa. Mniej więcej na wysokości wierzchołka ucinamy sobie krótką pogawędkę ze Słowakiem nadchodzącym z przeciwnego kierunku.


15.08.2012 - Sedlo za Lenivou - (fot. Artur Marć)

Szlak omija główny wierzchołek Homolki i prowadzi na łagodną, porośniętą trawą Przełęcz Homolka. Tu po raz pierwszy odpoczywamy, delektując się kolejny raz panoramami. Mamy przed sobą Wielki Bok, jeden z najważniejszych szczytów Kralowoholskiej części Niżnych Tatr, który odchodzi boczną granią na północ. O ile pochodzenie nazwy Čertova Svadba jest dla nas zagadką, o tyle z Przełęczy Homolka nietrudno zrozumieć skąd pochodzi nazwa Wielki Bok. Dalej na północ od tej góry, za Kotliną Spiską, wypiętrzył się łańcuch Tatr, które niestety szybko zakrywają się chmurami. W tej części grań główna Niżnych Tatr jest usytuowana równoleżnikowo i najłatwiej dostępna z miejscowości położonych w Dolinie Hronu. Z Polomki, Zavadki, Helpy i Pohoreli prowadzą na przełęcze liczne szlaki. Ale tłoku na nich nie trzeba się obawiać. Przez kilka godzin wędrówki na trasie Ramża – Przełęcz Priehyba spotykamy zaledwie kilka osób.
Na Przełęczy Homolka odbywa się pierwsza sesja fotograficzna tego dnia. Oczywiście nie zabraknie też wlepki i kolejne piękne miejsce zostawiamy za sobą kierując się przez Zadną Holę w kierunku Kolesarovej. To dwie mało wybitne góry znajdujące się na trasie na Przełęcz Priehyba. Ale ta „mała wybitność” nie oznacza, że zdobywamy je bez wysiłku. Na Kolesarovej mocno daje się we znaki kosodrzewina, która zarasta szlaki. Jest bardzo wysoka, osiąga wysokość około 3 metrów. Skojarzenia z Gorganami przychodzą same.
Minąwszy wierzchołek Kolešarovej przechodzimy przez szeroką łąkę strzeżoną przez myśliwską ambonę. Jabłka rozsypane w kilku miejscach łąki wskazują, iż jest to miejsce zabaw chłopców ze strzelbami. Mimowolnie przyspieszamy kroku. Na szczęście nasze obawy są płonne. Ambona jest pusta, więc nikt nie weźmie nas za zwierzynę łowną. Trudno oprzeć się wrażeniu że Słowacy mają dość swobodne podejście do spraw ochrony przyrody w parku narodowym – masowe wycinanie drzew, miejsca polowań czy ludzie zbierający jagody, są tu czymś zwyczajnym.
Z polany „myśliwskiej” ścieżka schodzi w dół w kierunku Przełęczy Priehyba. Zrazu dość łagodnie, by pod koniec przejść w ścieżkę, po której zejście przypomina jazdę w dół rollercoasterem. Znad przełęczy pięknie prezentuje się masyw Wielkiej Wapenicy oraz coraz bliższa Kralova Hola. Radość z piękna krajobrazu zakłóca tylko świadomość, iż szlak na Wielką Wapenicę, to zejście na Priehybę a rebours.
Przełęcz Priehyba to najniższa przełęcz w grani głównej Tatr Niznych. Nowa wiata i pobliskie źródełko zachęcają do odpoczynku. Najpierw jednak x. Robert odprawia mszę. Patrząc na to co nas za chwilę czeka, czyli podejście na Wielką Wapenicę modlimy się szczególnie żarliwie.
Podejście na Wielką Wapenicę z Przełęczy Priehyba... Ech, kto był to wie co mam na myśli, a kto nie był... niech spróbuje. Parę suchych faktów: ponad 500 m różnicy wzniesień w godzinę i pięć minut („mapowo” 1h 45 min.), szlakiem na którym można „przewrócić się na plecy”. Do tego upał, kilka godzin marszu w nogach i solidne plecaki.
Na szczęście przerwa na przełęczy miała na nas, a raczej na nasze mięśnie zbawienny wpływ. Ze szlaku w kosodrzewinie solidnie już spoceni wychodzimy na łąki partii szczytowej. Przy skałkach na wierzchołku góry znajduje się tabliczka informującą o osiągnięciu kulminacji. Zrzucamy plecaki i po raz kolejny tego dnia cieszymy oczy dookolną panoramą. Widzimy masyw Ďumbiera i potężny wał Wielkiego Boku na zachodzie, na północy w chmurach kryją się Tatry, zaś południowe zbocza Wapenicy opadają w niezwykle malowniczą Dolinę Hronu, zamkniętą pasmami Rudaw Słowackich. Wyraźnie widać też cel naszej wędrówki Kralovą Holę, dominującą na wschodzie.
Z Wielkiej Wapenicy wyruszamy późnym popołudniem dalej na wschód. Najpierw czeka nas zejście na Przełęcz Priehybka, na którą dociera niebieski szlak ze wsi Helpa, a potem krótkie przejście w wysokiej kosówce na Helpiański Wierch. Stąd już widać utulnię Andrejcova, położoną na zachodnim zboczu góry o tej samej nazwie. Mamy też przed sobą Dolinę Żdiarską, którą prowadzi niebieski szlak z miejscowości Liptowska Teplička. Po kilkunastu minutach czerpiemy wodę ze źródła przy utulni i uwalniamy nasze twarze od nadmiaru soli. W ciepłym świetle zachodzącego słońca utulnia jest interesującym tematem fotograficznym. Pora sięgnąć po aparat...
Przed wyruszeniem w dalszą drogę zaglądamy jeszcze do środka. Tu również, podobnie jak na Ramży, Słowacy, którzy zapobiegliwie przybyli wcześniej informują, że miejsca już nie ma.
Kolejny raz tego dnia nabieramy wysokości podchodząc pod Andrejcovą, by kolejny raz wytracić ją schodząc na Przełęcz Żdiarską. Na przełęczy stoimy przed masywem Kralovej Holi, kulminacją tej części pasma. Znów mobilizujemy się do wysiłku.
Po pół godzinie las ustępuje miejsca kosodrzewinie, zaś ta przechodzi we wrzosowiska, w podszczytowych partiach Bartkovej zmieniające się w łąkę, która nieodparcie przypomina bieszczadzką połoninę. Kilkumetrowe skałki Bartkovej informują nas, iż osiągnęliśmy pierwszy wierzchołek położony w masywie Kralowej Holi.
Truizmem jest stwierdzenie że panorama z Bartkovej jest znakomita. Chowające się już za horyzontem słońce maluje kolorami Dolinę Hronu, stąd prezentującą się chyba najbardziej okazale. Czy można sobie zatem wyobrazić lepsze miejsce na nocleg w plenerze?


17.08.2012 - Na Orlovej - (fot. Artur Marć)

Nasza ostatnia noc w Niżnych Tatrach... Zaczyna się jak przysłowiowa „zielona noc”. Leżąc w śpiworach co kilka minut słyszymy przelatujące odrzutowce. Miejsce wybrane przez nas na nocleg znajduje się najwidoczniej tuż pod korytarzem powietrznym. Silniki samolotów brzmią bardzo wyraźnie, wydaje się, że przelatują tuż nad naszymi głowami. Na szczęście po kilkunastu przelotach z powrotem przyzwyczajamy się do ciszy.
Nie możemy zmarnować okazji i wczesnym rankiem budzimy się by obserwować wschód słońca. W górach jest to zjawisko zupełnie inne niż na nizinach. Wszystkie kolory są o wiele bardziej intensywne, o wiele bardziej kontrastujące. Słońce oświetla pomarańczowym światłem chmury, stojące nieruchomo na tle jasnoniebieskiego nieba. Chmury są postrzępione nieregularnymi cętkami. Mam wrażenie, że oglądam obraz impresjonistyczny. Na północy odcina się od nieba łańcuch Tatr, przechodząc szarością w kotlinę podtatrzańską. Daleko na zachodzie z mgieł wyłania się Mała Fatra z Krywaniem i Rozsutcem. Kilka pstryków i wracam do namiotu. Brakuje statywu, ale waga i rozmiary, skutecznie wybiły mi z głowy pomysł zabrania go w góry.
Po raz ostatni na tym wyjeździe pakujemy plecaki i składamy namiot. Tatry Niżne żegnają nas chmurami i chłodem. Ale przed pożegnaniem czeka nas jeszcze wejście na wierzchołek Kralovej Holi. Kierunek marszu przez Orlovą i Sredną Holę wyznacza powiększająca się z każdym krokiem telewizyjna stacja przekaźnikowa, w górskiej scenerii sprawiająca wrażenie obiektu z zupełnie innego świata.
Na wierzchołek Kralovej Holi docieramy tuż po ósmej rano. Ostatni już raz wyciągamy z plecaka oddziałową flagę i ustawiamy się do zdjęć. W budynku stacji zostawiamy wlepkę. W skupieniu bierzemy udział we mszy świętej odprawionej przez x. Roberta.
Ale po mszy nastrój się zmienia. Humory dopisują, znika gdzieś wewnętrzne napięcie. Udało się, przeszliśmy jeden z bardziej wymagających górskich szlaków na Słowacji. Schodząc w dół do Telgartu zabieramy ze sobą kolejną porcję wspomnień i pięknych górskich panoram. Wrócimy w te góry, to pewne. Pomimo, że wędrowaliśmy w nich przez pięć dni, to tak wiele jest jeszcze do przejścia i zobaczenia.
Szlak z Kralovej Holi do Telgartu prowadzi najpierw łąkami, by po przecięciu asfaltowej szosy z Šumiaca wkroczyć do lasu. Po prawej stronie pięknie prezentuje się masyw Kralovej Skały. Strome zejście wzdłuż linii energetycznej przypomina nam, że wciąż jeszcze jesteśmy w górach. Mijamy kolejne grupy turystów zmierzających na Kralovą Holę. Jeszcze tylko chwila i znajdujemy się wśród zabudowań Telgartu. To już naprawdę koniec, uśmiechnięci fotografujemy się pod tabliczką „vstup do lesa”.
Poszukiwania przystanku autobusowego trwają kilka minut. Dwoje starszych mieszkańców Telgartu wskazuje nam niski murek z pustaków, który pełni funkcję „zastavki”. Kontrast z Donovalami jest uderzający, zamiast kurortu szara i biedna wioska w górach. Ale to nie jest w stanie zepsuć naszych humorów. Z braku infrastruktury turystyczno-gastronomicznej rozsiadamy się na trawniku przed sklepem. Do przyjazdu autobusu została nam jeszcze godzina. Wyciągamy telefony komórkowe, informujemy, że zakończyliśmy trasę. Jest też oczywiście sms do Prezesa Oddziału. Meldujemy wykonanie zadania.

Artur Marć

1 % DLA PTT

 

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama