09-10.02.2013 - Ostatki na Niemcowej

Ostatki na Niemcowej czyli na białej ścieżce...

Chatka pod Niemcową (właściwie pod Trześniowym Groniem). Jeden z najbardziej lubianych przez nas beskidzkich zakątków. Miejsce, gdzie czas jakby się zatrzymał. Przechodzimy obok przynajmniej kilka razy w roku, zwykle zatrzymując się choćby na moment, by za chwilę podążyć dalej w stronę Rogacza bądź Rytra. Sytuacja zmienia się jednak, kiedy nadchodzi zima, a wraz z nią długie wieczory. Wtedy zazwyczaj mamy nieodpartą chęć spędzić w chatce całą noc, pragnąc poczuć chociaż namiastkę dawnych turystycznych noclegów. Jest jednak jeden warunek. Sygnał musi wysłać nam sama przyroda. Z niecierpliwością czekamy więc, aż okolica przykryje się sporą warstwą białego puchu. W tym roku musieliśmy czekać dość długo. Pierwszy termin (początek stycznia) wykluczył się sam z oczywistych powodów. Sytuacja śniegowa uległa zdecydowanej poprawie w czasie ferii, ale wtedy znowu uczestnicy rozjechali się tu i ówdzie. W ten sposób w lutym powstał nowy plan zatytułowany "Ostatki na Niemcowej". I gdy wszystkim wydawało się, że i on spali na panewce, zaczęło sypać. Dopiero od czwartku co prawda, ale za to jak! Z godziny na godzinę za oknami rosła "biała pierzynka". Jednym słowem prawdziwy "tłusty czwartek". Kolejne porcje zjadanych pączków miały proste zadanie - skumulować energię na sobotę. Miasto lekko sparaliżowane, a w górach? Gdzieś pod Przehybą akcja goprowców. Dwoje turystów uwięzionych na szlaku. Zaspy sięgają gdzie niegdzie dwóch metrów. W piątek czas w pracy wlecze się niesamowicie. Nie wiedzieć czemu wzrok ciągle ucieka za okno. Ostatnie zakupy spożywcze i szybkie wieczorne pakowanie. Pobudka i śniadanie. Termos z gorącą herbatą oraz wysokokaloryczne kanapki lądują w plecaku. Dorzucam jeszcze dwie tabliczki czekolady i osiągam pełną gotowość startową. Kilkanaście minut później melduję się na dworcu. Pociąg opóźniony jedynie 2 minuty. W nim podróżują już Darek i Leszek. Brakuje jeszcze jednej osoby. Nie wpadamy jednak w panikę. Wszak dobrze wiemy, że już na nas czeka… na całkowicie zasypanym śniegiem peronie w Gromniku. Boguś (bo to o nim mowa) sprawnie przedziera się do drzwi wejściowych i wkracza do wagonu, rozsiadając się wygodnie wśród nas. Jeszcze w czasie jazdy dokonujemy korekty planowanej na dziś trasy. Wejście na Eliaszówkę zostawiamy sobie na inny termin.


09.02.2013 - "Ostatki na Niemcowej" - (fot. Piotr Biś)

Do chatki powędrujemy żółtym szlakiem prosto ze stacji w Piwnicznej Zdroju. Wkrótce przekonamy się, że decyzja była w stu procentach słuszna. Do osiedla Bziniaki ślad "założył" nam pług, działający tam w ramach realizowania przez gminę zadań własnych. Wysokość zasp przy drodze była jednak doskonałym wskaźnikiem, czekających nas wyżej atrakcji. Zdobycze cywilizacji musiały się wreszcie skończyć. Brodząc w śniegu zdobywamy Kamienny Groń. Dodatkowo z nieba zaczynają spadać na nas kolejne płatki. Powoli posuwamy się w stronę kapliczki na Wyżniej Polanie pod Niemcową. Wokół biała pustynia. Ławki przy kapliczce zasypane całkowicie. Widoki też mocno ograniczone. Szkoda, bo miejsce to słynie ze znakomitej panoramy. Chwila odpoczynku i ruszamy dalej. Za moment opuszczamy szlak i trawersujemy Trześniowy Groń, zmierzając wprost w kierunku chatki. Po kilku minutach jesteśmy przy niej. Wita nas pomocnik chatara (opiekuna chatki). Zarezerwowane przez nas wcześniej pomieszczenie zwane "Stajenką" jest do naszej dyspozycji. Klimatyzacja działa bez zarzutu. Temperatura w środku oscyluje koło zera. Ale od czego jest piec i drewno. Najpierw jednak uzupełniamy stracone po drodze kalorie. Potem dzielimy się na grupy i przypominamy sobie prehistoryczny podział pracy. Leszek z Bogusiem zajmują się obsługą pieca. Zachęcają tym samym kilka osób do pozostania z nimi i prowadzenia zajęć stacjonarnych. Złożona z pięciu ochotników grupa szturmowa w tym samym czasie opuszcza chatkowe pielesze, udając się w stronę Wielkiego Rogacza, z zadaniem przetarcia ścieżki i założenia śladu na jutrzejszy ranek. Początek jest nawet niezły. Do polany Kramarka wąska ścieżka w śniegu jest tylko lekko przysypana świeżym opadem. Potem, na Głównym Szlaku Beskidzkim zaczynają się prawdziwe zaspy. Pogarszają się też warunki pogodowe. Wiatr zacina w twarz drobnym śniegiem. Nic nie może nas jednak powstrzymać. Przecież zadanie należy wykonać. Zmieniamy się zatem na prowadzeniu i już po niespełna dwóch godzinach (w warunkach letnich ten odcinek zajmuje nam ok. 45 min.) stajemy na Wielkim Rogaczu. Na zdobycie Radziejowej nie ma już czasu. Czas wracać do bazy. Droga powrotna zabiera nam już tylko godzinę, mimo iż w niektórych miejscach wiatr zdążył zasypać już nasze ślady. Po drodze "zgarniamy" jeszcze grupę harcerzy, którzy mają problem z odnalezieniem zejścia do chatki.


10.02.2013 - "Ostatki na Niemcowej" - (fot. Artur Marć)

Tymczasem ostatnie trzysta metrów to prawie autostrada. Piotrek wraz z Bogusiem testowali tam bowiem przed chwilą rakiety śnieżne.
A w "Stajence" atmosfera ostatkowa i temperatura już zdecydowanie się podniosła, chociaż do komfortu brakuje jeszcze nieco. Stół bogato zastawiony wszelkimi dobrami spożywczymi. Dokładamy swoje co nieco. W świecznikach płoną świeczki. Na piecu czajnik z wodą i coś jeszcze. Wkrótce tajemnica znajduje swoje rozwiązanie. Ledwo zasiadamy przy stole, a w naszych rękach lądują kubki z grzanym winem z dodatkami w postaci cząstek pomarańczy, goździków i innych przypraw. Przyjaciele z "grupy bazowej" również nie marnowali czasu. To widać na pierwszy rzut nawet niewprawnego oka. Z głośnika podpiętego do telefonu komórkowego sączy się stary i dobry polski rock lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. To atrakcja, o którą zadbał DJ Wisior. DJ Leszek ma też swoje pięć minut. W tym przypadku repertuar jest uboższy, ale zdecydowanie nowszy (w zasadzie najnowszy). Chociaż czy lepszy? To zapewne kwestia gustu. A o nim nie będziemy dyskutować. Tymczasem na zewnątrz temperatura spada już do minus dziesięciu stopni. Śnieg pada coraz mocniej. Z oglądania gwiazd nic nie wyjdzie, ale nastrój mamy wyborny. Są nawet tańce. Ostatnia sobota karnawału powoli dobiega końca. Kończą się też nasze rozmowy. Słychać odgłos rozsuwanych kolejno zamków śpiworów. Jest jednak tak ciepło, że niektórzy nie decydują się nawet na ich ponowne zasunięcie, traktując je raczej jako kołdrę.
Niedzielna pobudka wcześniejsza niż zwykle. O siódmej w domku chatara Jurka zwanego też Harisem, ksiądz Robert odprawia Mszę świętą. Z wiadomych względów na tradycyjną niedzielną jajecznicę nie mamy co liczyć. Znowu "posiłkujemy się" przyniesionym z nizin prowiantem. Robert, Boguś i Piotrek, ze względu na obowiązki (zawodowo-rodzinne) zbiegają do Kosarzysk. My sprzątamy nasz pokoik i dwadzieścia po ósmej ruszamy wytyczoną wczoraj ścieżką na Rogacza.


10.02.2013 - "Ostatki na Niemcowej" - (fot. Artur Marć)

Wiatr i świeży śnieg zrobiły swoje. W wielu miejscach nowe zaspy, ale od czasu do czasu przemieszczamy się też sobotnim "korytkiem". Po dziesiątej stajemy na wierzchołku. Pamiątkowe wspólne fotki i kolejny podział. Jedna grupa (dowodzona przez Basię) obiera kurs do bacówki na Obidzy, druga (Artur, Darek i ja) pragnie zmierzyć się jeszcze z Radziejową. I znowu zaspy. Gdzie niegdzie wykorzystujemy ślad pozostawiony najprawdopodobniej w piątek przez śnieżny skuter. Mijamy przełęcz Żłobki i rozpoczynamy podejście na szczyt. Sceneria bajkowa. Potężne czapy śniegu przykryły świerki. Wokół cisza. Po czterdziestu minutach (od opuszczenia Rogacza) stajemy na najwyższym szczycie Beskidu Sądeckiego. Dziewiczy śnieg przekonuje nas, że wczoraj i dziś nie było tutaj nikogo. Dokumentujemy zdobycz, uzupełniamy kalorie i zaczynamy zejście. Schodząc z Rogacza spotykamy pierwszych turystów. Mocno rozciągniętą grupę stanowią członkowie zaprzyjaźnionego z nami Oddziału PTT "Beskid" w Nowym Sączu. Tradycyjnie w lutym przewodnicy z PTT organizują swoje rocznicowe, zimowe wejście na Radziejową "na krechę". Idą z Jaworek i widać to dobrze po nieco zmęczonych już u niektórych twarzach. Z zadowoleniem przyjmują fakt, że drogę na szczyt mają już wyznakowaną w śniegu.
Nam do bacówki pozostaje jeszcze nieco ponad dwa kilometry. Tam oczekują nas Basia, Sylwia, Jarek, Leszek i Wisior. Jeszcze pół godziny i meldujemy wykonanie kolejnego zadania. Bacówkowe przysmaki z menu, w zależności od indywidualnych upodobań trafiają w zmaterializowanej formie na stoły. W wysokich szklankach obowiązkowy chmielowy napój. Czas szybko płynie i niespełna dwugodzinna przerwa obiadowa musi dobiec końca. Ostatni pieszy etap weekendu stanowi zejście przez Suchą Dolinę do Kosarzysk. Stamtąd zamówionym wcześniej busikiem dojeżdżamy do rynku w Piwnicznej. Zanim wsiądziemy do pociągu zdążymy jeszcze "Pod Kasztanami" wypić herbatę, kawę lub sok patrząc jednym okiem na rozgrywany w ramach Mistrzostw Świata w biathlonie, męski bieg na dochodzenie. My też w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin mogliśmy się zdrowo "dochodzić" po białych ścieżkach Beskidu Sądeckiego. Ale to przecież lubimy robić najbardziej…

Janusz Foszcz


10.02.2013 - "Ostatki na Niemcowej" - (fot. Dariusz Polak)

1 % DLA PTT

 

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama