22-23.06.2013 Słowackie Tatry Wysokie

22-23.06.2013 Słowackie Tatry Wysokie

Weekend z K2 czyli z Krywaniem i Koprowym

Najkrótsza noc w roku nie może trwać w nieskończoność. Słońce już wzeszło więc pora wstawać. Zegarek wskazuje 4.30. Rozpoczyna się długi dzień. Już kilka miesięcy wcześniej zaplanowaliśmy wykorzystać go w jak najlepszy sposób. A takim będzie z pewnością wędrówka na jeden z tatrzańskich dwutysięczników.  Nasz wybór padł na Krywań. Szlaki w Tatrach Słowackich od tygodnia są już otwarte i przyciągają niczym magnes. Za pół godziny mam stawić się na przystanku. Zrobione wieczorem kanapki opuszczają lodówkę lądując w plecaku razem z prowiantem przeznaczonym na niedzielne śniadanie. Cicho (by nie obudzić domowników) opuszczam mieszkanie. Bus przyjeżdża minutę przed czasem. To znak, że do tej pory wszystko przebiega bez najmniejszych zakłóceń. I tak pozostaje. Obieramy kurs na Tuchów. W Burzynie do naszej tatrzańskiej grupy dołącza Berni i mkniemy w stronę Krynicy przez Grybów. Przez wiele lat ten odcinek pokonywaliśmy wyłącznie koleją.  Ostatnio to najczęściej wykorzystywana podczas oddziałowych wyjazdów trasa drogowa. Mijamy uśpioną jeszcze „Perłę Wód” . W Muszynie organizujemy krótki postój. Uzupełniamy zapasy żywnościowe przed wjazdem w strefę euro. Zakupione butelki „Piwniczanki” mają zapobiec odwodnieniu w czasie upalnego dnia. Według prognoz meteorologicznych na nizinach termometry mają wskazywać ponad trzydzieści stopni. W górach będzie chłodniej ale mogą pojawiać się przelotne opady i gwałtowne burze. Póki co jest słonecznie i już bardzo ciepło mimo, że do siódmej brakuje jeszcze kilku minut.  W Leluchowie przekraczamy granicę. Tym razem (w przeciwieństwie do kwietniowej wycieczki) skręcamy w prawo w kierunku Plavca i Starej Lubowli. Droga całkowicie pusta pozwala niezawodnemu panu Januszowi na rozpędzenie busa. Widać już lubowelski zamek. Jeszcze chwila i jesteśmy prawie u  siebie. Przecież to obszar zastawu spiskiego. Dostał go (za sporą pożyczkę) król Władysław Jagiełło a zabrali (już za darmo) po ponad trzystu latach Habsburgowie. Szkoda. W Spiskiej Białej skręcamy w stronę Tatr. Niestety są niewidoczne i spowite chmurami. Nie tracimy jednak nawet na chwilę optymizmu. I słusznie. Gdy jedziemy słynną Drogą Wolności, co pewien czas pokazuje się „to i owo”. Kilka minut po dziewiątej bus zatrzymuje się na dobre. To znak, że dojechaliśmy do Szczyrbskiego Jeziora (Plesa). Teraz przed nami piękna tatrzańska dniówka. Do szczytu Krywania mamy bowiem dziesięć kilometrów i niespełna 1300 metrów podejścia.


22.06.2013 - PTT Tarnów na Krywaniu (fot. Artur Marć)

Całą grupą ruszamy czerwonym szlakiem w stronę Jamskiego Stawu. Mijamy wylot Doliny Furkotnej, chwilę później przechodzimy nad Furkotnym Potokiem, który wraz z Wielkim Złomiskowym Potokiem (nad nim również przejdziemy) tworzy Biały Wag. Do naszej ścieżki dołączają niebieskie znaki szlaku prowadzącego na Krywań. Mimo, iż w pewnym momencie skręcają w prawo, my podążamy prosto, chcąc, przed czekającą nas niebawem wspinaczką odwiedzić leżący w pobliżu Jamski Staw. Rozproszona grupa powoli staje się całością. Postanawiamy, że na szczyt każdy szedł będzie swoim własnym tempem. Wracamy do rozstaju szlaków i startujemy. Leśna ścieżka systematycznie pnie się w górę. Opuszczamy piętro regla górnego i wchodzimy w strefę kosodrzewiny.  Dzięki temu pojawiają się górskie widoki. Przede wszystkim na Dolinę Ważecką. Ruch na naszym szlaku jest znikomy. Mijamy trzy lub cztery osoby. Dość szybko osiągamy Pawłowy Grzbiet. Widoki stają się coraz rozleglejsze. Teraz przed nami Wielki Żleb. Po drugiej stronie widzimy ścieżkę prowadzącą w stronę Krywania z Trzech Studniczek. Wędruje nią zdecydowanie więcej turystów. W miejscu połączenia szlaków (niebieskiego i zielonego) robimy króciutką przerwę by zebrać siły przed atakiem na Mały Krywań. Skalistym zboczem wspinamy się bez odpoczynku. Niebo jest już dość mocno zachmurzone, ale od czasu do czasu z „okienek pogodowych” przebijają się promienie słońca. Wysoki pułap chmur nie ogranicza póki co widoczności. Rozpoznajemy znajome szczyty a w dole poszukujemy przyjaciół. W nieco ponad trzy godziny od opuszczenia Szczyrbskiego Jeziora stajemy na wierzchołku Krywania. Jest moc i radość. I dużo czasu na podziwianie widoków oraz uzupełnienie kalorii. Na szczycie (jak to zwykle na Krywaniu) spory tłum turystów. W ciągu kolejnych minut dołączają do nas następni uczestnicy naszej eskapady. Zmieniają się też widoki. Chmury zasłaniają lub odsłaniają kolejne szczyty. Zaczyna kropić deszcz, ale tego typu opady nasi słowaccy bracia nazywają prechankami, więc nie ma powodów do obaw. Wkrótce deszcz ustaje. Nad Tatrami Zachodnimi gromadzą się jednak ciemnogranatowe chmury. Tarnowska grupa zdobywców stopniowo się powiększa. Przychodzą chyba jednak najważniejsze osoby, bo ich dotarciu zaczynają towarzyszyć efekty akustyczne w postaci grzmotów. Podejmujemy decyzję o zejściu. Wcześniej jednak ustawiamy się do pamiątkowej fotografii, pod umieszczonym na wierzchołku dwuramiennym słowackim krzyżem. Schodząc spotykamy kolejnych uczestników wycieczki. W większości postanawiają (podobnie jak i inni turyści) wspiąć się na szczyt, licząc, że burza ominie jednak rejon Krywania. Jeżeli tak się stanie poczekamy na nich niżej.

Stwórca okazał swoją łaskawość. Burza ominąwszy Krywań powędrowała dalej w Tatry Wysokie. Jedynym minusem był fakt, że na kilkadziesiąt minut wierzchołek zdobytej przez nas góry spowiły gęste obłoki. Słońce ukazało się jednak, więc mogliśmy zrobić sobie długi postój przy zielonym szlaku, kilkaset metrów poniżej połączenia szlaków. W ten sposób zebraliśmy całą grupę i pomaszerowaliśmy w stronę Trzech Studniczek. Niewielki deszczyk pokropił nas przez kilka minut na ostatnim odcinku, w pobliżu parkingu. W doskonałych humorach pojechaliśmy do Starego Smokowca na zasłużony obiad i čapovane pivo. Potem udaliśmy się na nocleg do Starej Leśnej. W domu Bożenki i Janka - słowackich przyjaciół Teresy i Zbyszka znaleźliśmy komfortowe warunki do zregenerowania sił. Polsko – słowacki wieczór upływał w miłej atmosferze i z pieśnią na ustach. Duża w tym zasługa gospodarza, a z naszej strony Teresy i Rafała. Wreszcie trzeba było iść spać.


23.06.2013 PTT Tarnów na Koprowym Wierchu - (fot. Artur Marć)

Ranek powitał nas hucznie. Gwałtowną burzą i strumieniami lejącej się z nieba wody. Po raz kolejny dała znać o sobie Teresa. Dzięki jej zapobiegliwości i kulinarnym zdolnościom tradycja niedzielnej jajecznicy została podtrzymana. Po śniadaniu pożegnaliśmy gościnny dom i pojechaliśmy na mszę do kościoła w Nowym Smokowcu. Nasze modły musiały zostać wysłuchane, ponieważ przez kościelne okna zaczęły wpadać do świątyni promienie słońca. Pojawiła się więc szansa na zrealizowanie założonego przed wyjazdem planu. Nasz bus obrał kurs na parking przy stacji „Popradzki Staw”. Mimo iż wraz z pokonywanymi kilometrami pojawiało się coraz więcej chmur, nie traciliśmy nadziei. Jeszcze podczas jazdy ustaliliśmy, że każdy wybiera sobie najbardziej pasujący mu wariant wycieczki. Wspólnie docieramy jedynie do schroniska przy Popradzkim Stawie. Potem jedna grupa wędruje na Koprowy Wierch, druga zdobywa Osterwę. Obydwie grupy poradziły sobie ze swoimi zadaniami, obydwie wracając solidnie zmokły i obydwie spotkały się w schronisku na ciepłej herbacie lub nieco chłodniejszym piwie. Wracając na parking, niektórzy odwiedzili jeszcze symboliczny cmentarz ofiar Tatr i innych gór świata.

W ten sposób zakończył się piękny tatrzański weekend, pierwsza w historii oddziału wycieczka, w której nie tylko chodziliśmy po słowackich górach, ale spędziliśmy tam również noc. Inicjację mamy więc za sobą, teraz należy czekać na ciąg dalszy.

Janusz Foszcz


23.06.2013 - Osterva (fot. Edyta Kaczor)

1 % DLA PTT

 

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama