15-16.02.2014 "Powalentynki na Przehybie"

Złota sobota, albo Radziejowa razy dwa...

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że to będzie nasza sobota. Nie tylko pod względem górskim, ale też sportowym. W prognozach pogody dominowały dwa kolory: błękit i złoto (to o słońcu). Zaś w prognozach sportowych dominowało tylko złoto. Nikt się jednak nie spodziewał tego, co miało się zdarzyć w dalekim Soczi.
W naszym "Oddziałowym rozkładzie jazdy" na ten weekend tj. 15-16 lutego 2014 r. zaplanowaliśmy wycieczkę w Pasmo Radziejowej w Beskidzie Sądeckim z bazą "noclegowo-gastronomiczną" w Schronisku na Przehybie. Dokładnie rok temu zmagaliśmy się z głębokimi zaspami na Niemcowej, a tego roku... No sorry, ale taki mamy klimat, że śniegu w Szczawnicy było jak na lekarstwo. Na stoku narciarskim na Palenicy spod cienkiej warstwy białego przebijała ziemia. Z drugiej strony miało to też swoje pozytywy. Miejsce w plecakach, które zwykle w lutym zajmowały raczki, tudzież rakiety śnieżne, można było zagospodarować na ekwipunek innego rodzaju.
Wędrówkę na Przechybę zaczynamy w centrum Szczawnicy. Zastane w busie mięśnie rozgrzewamy w podejściu na Bryjarkę. Korzystając z dobrodziejstw sezonu, nazwijmy to "bezlistnego", możemy zaobserwować gołoborza andezytowe, które przez większość roku pozostają ukryte za zieloną kotarą. Wierzchołek Bryjarki, położony niedaleko od szlaku jest świetnym punktem widokowym na Szczawnicę. Jedno z najbardziej znanych polskich uzdrowisk rozciąga się pod nami. Podziwiamy także panoramę Małych Pienin wraz z ich kulminacją czyli Wysoką. Uruchamiamy aparaty, klika zdjęć i dalej w drogę. To jeszcze nie czas na odpoczynek. Zmierzamy do dobrze znanej Bacówki pod Bereśnikiem.


15.02.2014 - "Powalentynki na Przehybie" - (fot. Artur Marć)

Mijając wysoko położone przysiółki Szczawnicy pasiemy oczy tatrzańskimi panoramami. Łomnica, Lodowy, Durny rozciągają się jak na dłoni. Już wiemy, że ten weekend będzie "górskoudany". A im wyżej, tym panorama się poszerza. Widać nie tylko majestatyczne Tatry, ale też Królową Beskidów (pamiętamy Ci Królowo ten wiatr na zakończenie sezonu 2013), Lubań, gdzie zapewne wkrótce zawitamy realizując projekt "Tarnów-Wielki Rogacz 2014" i Veterný Vrch (to już z cyklu "terra incognito").
Bacówka pod Bereśnikiem wita nas przytulną jadalnią, kotami i zdjęciami grupy Monty Python. Chwilę przerwy wykorzystujemy na uzupełnienie płynów i kalorii. Przed schroniskiem spotykamy grupę studentów. Niektórzy z nich mają chyba kłopoty z błędnikiem, prawdopodobnie spowodowane wpływem czynników, nazwijmy to zewnętrznych, które stały się wewnętrznymi. Brać akademicka zamierza zdobyć Przechybę i zejść do Rytra. W duchu życzymy powodzenia. Jeszcze tylko zdjęcie Tatr spod schroniska i już jesteśmy z powrotem na ścieżce i na kursie.
Nie wiem jak w inne dni bywa ze sprawdzalnością prognoz pogody, ale tej soboty była ona stuprocentowa. W drodze na Przysłop dominuje błękit nieba i biel śniegu. Na nizinach jest przedwiośnie (w lutym!, no ale sorry...) a tutaj zima jak za starych dobrych ubiegłorocznych wędrówek. Zza drzew przebija Skałka i Przechyba, przyozdobiona wątpliwej urody przekaźnikiem, a nam serca zaczynają bić szybciej. I to bynajmniej nie z powodu wysiłku, który jest raczej umiarkowany.


15.02.2014 - "Powalentynki na Przehybie" - (fot. Artur Marć)

Na Przysłopie mijamy grupę umundurowanych i uzbrojonych nieco archaicznie mężczyzn. Jak się okazuje to członkowie grupy rekonstrukcyjnej, upamiętniający starcia toczone w tym miejscu w czasie drugiej wojny światowej przez partyzantów AK z Niemcami. Nie możemy oczywiście zmarnować okazji i ustawiamy się do wspólnej fotki. Przełęcz Przysłop to też okazja do zwarcia naszych tzn. ptt-owskich szyków. Zimny wiatr daje sygnał do wymarszu.
Przy podejściu na Skałkę mijamy jeszcze kilku "rekonstruktorów" tym razem ubranych w mundury niemieckie. Na wszelki wypadek wołamy nicht schliessen, ale to widocznie jakiś pokojowo nastawiony oddział Wehrmachtu, bo przechodzimy obok bez problemów.
Nasze forpoczty osiągają Schronisko na Przehybie około czternastej. Oczywiście pierwsze kroki kierujemy do schroniskowej jadalni. Schabowy z widokiem na Tatry smakuje jak nigdy. W tzw. międzyczasie poświęconym na konsumpcje schodzą się wszyscy uczestnicy wycieczki.
Pobliska Radziejowa kusi nas zachodem słońca nad Tatrami. Pobieramy klucze od pokojów by przed wyjściem zrzucić tam plecaki. Otwieram drzwi naszej "trójki" i niemiłe zaskoczenie. Kiedyś Perfect śpiewał "po ulicy miłość hula wiatr". W Schronisku na Przechybie wiatr hula po pokojach. Ale przecież nie od dzisiaj wiadomo, że Polak (i to nie tylko Dariusz) potrafi. Na okno wędruje kołdra, która czasy swej świetności dawno ma za sobą, zaś my spędzimy noc pod śpiworami.


15.02.2014 - "Powalentynki na Przehybie" - (fot. Artur Marć)

Zachód słońca nad Tatrami należy niewątpliwie do szczególnych doznań estetycznych. Warto było zdobyć się jeszcze na ten wysiłek. Zwłaszcza, że w drodze na Radziejową dostaliśmy informację o historycznym złocie Zbyszka Bródki w panczenach. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że to dopiero początek dobrej passy w łyżwiarstwie szybkim i ostatecznie w ciągu kilku dni staniemy się potęgą w panczenach, w klasyfikacji medalowej ustępując miejsca jedynie niderlandzkiemu imperium lodowemu.
Na Radziejowej czeka na nas niespodzianka. Dwoje turystów spotkanych na szczycie okazuje się być członkami ostrowieckiego Oddziału PTT. Szybko nawiązujemy znajomość i cieszymy się, że nowi koledzy również nocują w naszym schronisku. Niestety przyjemność z oglądania zachodu słońca nad Tatrami psuje nam wiatr, który po kwadransie przepędza nas z wieży.
Dalszą część wieczoru spędzamy w schroniskowej jadalni. Chyba pierwszy raz na naszych weekendowych wycieczkach brakuje nam telewizora. Na szczęście korzystamy z dobrodziejstw telefonii komórkowej i przeprowadzamy bezpośrednią relację z tymi naszymi bliskimi, którzy w domach obserwują zmagania Kamila Stocha na dużej skoczni w Soczi. Oczekiwanie na noty sędziów po skoku naszego mistrza dłuży się niemiłosiernie. Ale po chwili napięcie ustępuje miejsca eksplozji radości. To już drugi złoty medal na igrzyskach zimowych zdobyty dzisiejszego dnia. W górę wędrują kufle ze złotym napojem, a jadalnia długo wybrzmiewa gromkim "Sto lat"...


15.02.2014 - "Powalentynki na Przehybie" - (fot. Artur Marć)

Niedzielny poranek wita nas fantastycznym widokiem na pasmo Kralovej Holi w Niżnych Tatrach. Powracają wspomnienia z sierpnia 2012 roku. Tradycyjna jajecznica na śniadanie, fotka przed schroniskiem i wyruszamy znów w stronę Radziejowej. Po raz drugi w ciągu dwóch dni zdobywamy najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego. Szkoda tylko, że Tatry w niedzielny poranek zasnute są mgłą.
Na Przełęczy Żłobki przeżywamy déjà vu. Chmury ustępują miejsca lazurowi nieba i znów wędrujemy w bieli i błękicie. Takie życie mniej więcej nam odpowiada, po raz kolejny powtarzamy sobie nasze nieśmiertelne hasło wyjazdowe. Pod naszymi nogami padają kolejno Wielki Rogacz, Obidza i Rozdziele. Spotykamy pierwszych w tym dniu turystów. Są też narciarze śladowi. Dopingujemy jedną z narciarek okrzykami "Justyna, Justyna". Wszak następne igrzyska już za cztery lata, trzeba więc myśleć o następcach Mistrzyni.
Zejście do Rezerwatu Biała Woda przypomina nam o tegorocznej pogodowej aberracji. Środek lutego, a my w górach zmagamy się z błotem. Krótkie podejście asfaltem i logujemy się do busa. Wcześniej tylko pożegnanie z Kasią i Przemkiem, i jesteśmy już na kursie do Tarnowa.
Logistyka naszych wyjazdów jak zawsze jest perfekcyjna, więc równo z dzwonkiem o wpół do czwartej meldujemy się na mszy u tarnowskich Filipinów. Zanim spoczniemy w domowych pieleszach wysłuchujemy jeszcze kazania o nauczycielskim trudzie. I tym, nazwijmy to pedagogicznym akcentem, kończymy błękitno-biało-złoty weekend w Beskidzie Sądeckim.

Artur Marć


16.02.2014 - "Powalentynki na Przehybie" - (fot. Artur Marć)

1 % DLA PTT

 

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama