13-14.02.2010 Walentynki na Babiej Górze

Królowa Beskidów zimą? Już samo to wystarczyłoby, żeby w lutowy poranek wstać wcześnie i przebyć te sto kilkadziesiąt kilometrów dzielących Tarnów od masywu Babiej Góry. A gdy dołożymy jeszcze do tego chęć pochodzenia na rakietach śnieżnych, nocleg w najnowszym w Polsce schronisku i... Walentynki w gronie przyjaciół, wszystko stanie się jasne...
Pomimo ciężkich, niskich chmur i padającego śniegu wyruszamy więc busem w kierunku Zawoi. Po ponad trzech godzinach docieramy na Krowiarki. Wysiadamy na parkingu, a śnieg nadal prószy. Wężykiem (gęsiego) idziemy ostro pod górę. Szybko nabieramy wysokości, odnosząc wrażenie, że staje się coraz jaśniej. Po kilkudziesięciu minutach odpoczywamy na Sokolicy. Panorama jest jednak mocno ograniczona i znowu musimy użyć wyobraźni. Kilka łyków herbaty i dalej w drogę. Mgła w dalszym ciągu skutecznie ogranicza widoczność, ale dzięki temu nie musimy się zatrzymywać. Tym bardziej, że (jak to zwykle jest na grani Babiej Góry) pojawia się coraz silniejszy wiatr, zacinający z boku drobnym, zmrożonym śniegiem. Po godzinie meldujemy się na szczycie. Warunki prawie ekstremalne, ale śnieg wywiany. Wiatr i chłód skracają (do niezbędnego minimum) nasz pobyt na Diablaku. W wigilię Święta Zakochanych, królowa pokazuje swoje groźne oblicze. Ale w końcu jest zima więc (jak mówi klasyk) musi być zimno. Teraz musimy zejść na Bronę, a w tych warunkach nie jest to niestety "bułka z masłem". W dobrym TOWARZYSTWIE nie można jednak zejść na manowce, więc po chwili stajemy na przełęczy. Po krótkiej naradzie i oszacowaniu swoich sił postanawiamy zejść do schroniska… no, może nie od razu. Po drodze wchodzimy jeszcze na Małą Babią Górę i podążamy na Żywieckie Rozstaje. Ponieważ myślimy już o niedzielnej wycieczce, przecieramy sobie stąd szlak na Markowe Szczawiny. Powoli wychodzi zmęczenie, ale cel coraz bliżej.
Jeszcze niedawno byłoby to najstarsze polskie, beskidzkie schronisko. Dzisiaj niestety nie ma po nim już śladu. O, przepraszam..., jest ślad w postaci sterty belek (które podobno nadają się już tylko na spalenie). Tak kończy się historia tego szczególnego (dla prawdziwych turystów) obiektu. Wielka szkoda. A przecież były plany, by postawić je "na nowo", na przykład w skansenie w Zubrzycy. Jak to często bywa, skończyło się na planach... Obecnie na Markowych Szczawinach króluje "nowe". Brak jednak starej, dobrej atmosfery. Obsługa też "jakaś nie taka" (może gorszy dzień?, może długi brak słońca?). I mimo, że od chwili oddania schroniska do użytku nie minęły jeszcze trzy miesiące, widać już pewne niedoskonałości projektowo – wykonawcze. Ale dość narzekań. Atmosferę stworzyliśmy sobie sami. I chociaż nie dane nam było obejrzeć "srebrnych skoków" Adasia (telewizor był trudno dostępny - tylko dla wybranych) to wieczór minął wspaniale.
Niedzielny poranek rozpoczęła (pierwsza w tym sezonie) schroniskowa Msza Święta. Później już zgodnie z tradycją, wspólne śniadanie pod znakiem jajecznicy. W międzyczasie, na zmianę organizujemy wrzątek, ponieważ obsługa schroniska wpadła na genialny pomysł, by turyści sami go sobie przygotowywali. W tym celu wystawiono jeden (!!!) czajnik bezprzewodowy o pojemności ok. 1,5 litra. Jednorazowy czas gotowania wynosił 6 minut, a chętnych do napełnienia termosów było kilkudziesięciu. Na szczęście my zdążyliśmy zając w kolejce pierwsze miejsca. I już kilkanaście minut po dziewiątej byliśmy "czujni, zwarci i gotowi". Tymczasem zaniepokojone rodziny informowały nas o śniegowym kataklizmie w Tarnowie. Na Markowych też musiało w nocy "mocno" sypać, bowiem warstwa śniegu przy schronisku zwiększyła się o ok. 4 cm. Wśród tych "zasp" powiększyliśmy znowu nasze TOWARZYSTWO przyjmując oficjalnie "Shazze" do naszego grona i wyruszyliśmy na szlak. Drogę na Żywieckie Rozstaje przetarliśmy sobie wczoraj. Pogoda dopisywała. Chmury podniosły się nieco i było bezwietrznie. W ten sposób, idąc przez Przełęcz Jałowiecką dotarliśmy do Mędralowej. Tym samym zaliczyliśmy, najbardziej na północ wysunięty punkt Słowacji. Potem przez Halę Kamińskiego zeszliśmy do Zawoi Czatoży. O trzynastej zakończyliśmy akcję górską.

I znowu jak w przypadku naszych poprzednich wyjść, im bliżej Tarnowa byliśmy, tym większe zaspy widzieliśmy za oknami busa. Nasze miasto było całkowicie zasypane. Pojawiła się nawet myśl, by z powrotem założyć stuptuty, aby dotrzeć spokojnie do domów... Oj dziwna jest ta tegoroczna zima.

Janusz Foszcz


13.02.2010 - Na szczycie Babiej Góry - (fot. Barbara Kasperek)

{rokbox title=|Poświąteczny spacer na Liwocz| title=|27.12.2009 - fot. Jerzy Zieliński|}images/stories/Teksty/liwocz01.jpg{/rokbox}

1 % DLA PTT

 

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama