Bieszczadzki lipiec

 „Góry aż do nieba i zieleni krzyk, polna droga pośród kwiatów i złamany krzyż. Strumień skryty mroku i zdziczały sad, stara cerkiew pod modrzewiem i pęknięty dzwon. Zarośnięty cmentarz na nim dzikie bzy. Ile łez i ile krzywdy, ile ludzkiej krwi. Księżyc nad Otrytem, niebo pełne gwiazd, tańczą szare popielice, San usypia nas(…)” piosenka, która jest kultowym utworem zespołu KSU wprowadziła nas w klimat wyprawy w Bieszczady. Kolejny etap przejścia długodystansowego szlaku Grybów- Rzeszów rozpoczął się 9 lipca z Nowego Łupkowa. Miejscowość ta  powstała w 1872 roku wraz z otwarciem (dziś już nieistniejącej) linii kolejowej. Obecnie ostało się kilkanaście domów oraz sklep zwany knajpą. Wyruszyliśmy niebieskim szlakiem przez dwadzieścia kilometrów wędrując głównie lasem. Połamane drzewa wskazywały nam drogę a wąska ścieżka gdzieniegdzie zarosła utrudniając przejście. Z oddali słychać było nadciągające burze, niestety gęsty las uniemożliwiał zorientowanie się, z którego kierunku zbliżają się do nas. Nasza ponad dwudziestoosobowa grupa dotarła na szczyt zwany Wysokim Groniem. Tam właśnie Jolanta (mama) i Monika (córka), które ostatnio dołączyły do  naszego Oddziału PTT otrzymały swoje legitymacje. Najpierw jednak musiały (jak wszyscy nowo przyjmowani członkowie) wykazać się zwinnością, przechodząc przez tunel utworzony z nisko nad ziemią trzymanych kijków trekkingowych. Udokumentowaliśmy to wydarzenie grupową fotografią i wtedy nadeszła burza a wraz z nią deszcz z gradem. Kilkanaście minut później zza chmur wyłoniło się słońce, którego promienie zatrzymywały na sobie gałęzie drzew. Po kilkugodzinnej wędrówce szlak doprowadził nas do zastawionych stołów z kawą i ciastem z borówkami. Wbrew pozorom nie oczekiwały one na nas, a głównie na turystów przybywających do Balnicy kolejką wąskotorową, będącą jedną z całorocznych bieszczadzkich atrakcji.

fot.Artur Marć

 

 Za torami jak gdyby w środku lasu, a w otoczeniu kwiatów znajduje się DOM - niezwykłe miejsce na mapie Bieszczadów. Jego gospodarz – Wojtek wraz z córką przygotowali dla naszej grupy pierogi oraz bigos, a my rozkoszując się potrawami , rozłożyliśmy się na werandzie w oczekiwaniu na… przyjazd kolejki ciągniętej przez spalinową lokomotywę.  Z niewielkich wagoników wylał się potok turystów. Wprost na zastawione stoły. Niespodziewanie i nasza (otoczona plecakami) grupa stała się dla przyjezdnych atrakcją turystyczną.

Na szczęście był to ostatni w tym dniu kurs kolejki. I wkrótce nastała niczym niezmącona  cisza. Z lasu natomiast wyłonił się wilk, który po bliższym poznaniu okazał się psem właścicieli. Wieczór wypełniła nam turystyczna biesiada oraz ognisko połączone z pieczeniem kiełbasek i ziemniaków. Niedzielny poranek rozpoczęła msza święta (z krótkim ale treściwym kazaniem) odprawiona przez księdza Roberta. Niespieszno nam było do wyjścia, to też śniadanie ubogaciły opowieści Szczepana o księgowości, Marcina o pierścionku zaręczynowym i wiele innych, które tylko uczestnicy wyprawy mogą znać. Przed dziewiątą wróciliśmy do wnętrza lasu czyli na szlak, kierując się tym razem w stronę Przełęczy nad Roztokami. Wzdłuż słupków granicznych, które z daleka wskazywały kierunek wędrówki, gdzieniegdzie brodząc w błocie i wspinając się za pomocą gałęzi przemierzaliśmy kolejne kilometry. Zatrzymywały nas polany, na których w słońcu dojrzewały borówki oraz miejsca, gdzie mogliśmy pozować do zdjęć. Prawdziwą niespodzianką okazały się dwa jelenie, które znienacka przebiegły w bliskiej odległości. Niestety inne gatunki zwierząt nie okazały przed nami swego piękna, nawet oczekiwany przez nas Felis silvestris i tym razem, okazał się domowym kotem.  Przy wyjściu z lasu, na końcu zaplanowanej na ten wyjazd trasy oczekiwali Janusz, Robert, Basia, Łukasz, Karol i Artur, którzy moim zdaniem łapali intensywnie promienie niedzielnego słońca, chcąc zapewnić swoim organizmom dodatkową porcję witaminy D3. Jednak przyczyna słonecznych kąpieli  okazała się być bardziej prozaiczna. W gęstym lesie i na zarastających polanach licznie występują kleszcze, dla których taka spora grupa wędrujących jest smakowitym kąskiem. Oprócz promieni słońca wyżej wymienieni uczestnicy łapali więc również te niebezpieczne pajęczaki, przenoszące wiele groźnych chorób.  

Tradycyjnie atrakcją naszych lipcowych wyjazdów w góry jest degustacja pstrągów. Nie inaczej było i tym razem. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się więc w  Foluszu, gdzie znajduje się bardzo znane łowisko i smażalnia tych ryb. Przy wspólnym stole i opowieściach kulinarnych przywiezionych prosto od Masajów, połączonych z pokazem zdjęć konsumowaliśmy smaczną i zdrową rybę. Tak zakończyła się bieszczadzka przygoda. Kolejny etap niebieskiego szlaku już wkrótce!

Kinga Buras

1 % DLA PTT

 

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama